Klub ten ma trzy sekcje, podzielone w dość ciekawy sposób. Mianowicie, są dwie sekcje juniorskie: A i B (lepsza i gorsza), w których grają zawodnicy w wieku 18-28 (a więc niespecjalnie juniorzy), oraz sekcja seniorska (czy raczej powiedzielibyśmy w Polsce: oldbojów), w której grają zawodnicy w wieku 28-42. Mnie zakwalifikowano a priori do sekcji juniorów A (bo nie skończyłem 28 lat) i w jej barwach rozegrałem mecz.
Idąc na boisko, zwróciłem uwagę, jaki niektórzy mają widok z okna:
Mecz przeciwko ekipie Pincharratas ("Szczurobójcy" - ale też pseudonim argentyńskiego zespołu Estudiantes La Plata) nie rozpoczął się dla nas dobrze. Już przed meczem okazało się, że brakuje jednego zawodnika, więc nie dość, że mecz trzeba rozegrać w 10, to jeszcze bez żadnych zmian. Pierwsze minuty przyniosły mnóstwo akcji po obu stronach, które jednak kończyły się na 30 metrze, lub anemicznymi strzałami, które wyłapywałem ja lub ten drugi bramkarz, względnie lądowały nad lub obok bramki. Po kilkunastu minutach prawą stroną przedarł się jeden z zawodników drużyny przeciwnej i pociągnął po oknie w długim rogu - byłem kompletnie bez szans i zrobiło się 0-1. Zawodnicy z pola szybko wzięli się do roboty i za chwilę było 1-1 - po wątpliwym faulu w polu karnym czarny prawoskrzydłowy (Cristian) pewnie wykonał rzut karny.
Potem obrona znowu raczyła przysnąć. Po moim piąstkowaniu niebezpiecznej piłki środkowy obrońca próbował wybijać, ale zrobił to tak niefortunnie, że wystawił na strzał napastnikowi na 18 metrze. Zamiast łapać, sparowałem piłkę lekko do boku, podbiegł napastnik i skierował ją do pustej. 1-2. Napastnicy znowu wzięli się do roboty i jeszcze przed końcem I połowy zdołali wyrównać. Strzał z miejsca, zza obrońców, kompletnie zaskoczył bramkarza. 2-2.
Po przerwie mocno wziął się do roboty pan trener, noszący nie bez przyczyny numer 9 na koszulce. W ciągu kwadransa strzelił hattricka i zrobiło się 5-2. Po tych golach grało się już znacznie wygodniej, było dużo miejsca z przodu, bo przeciwnicy się odkryli. Jeden z naszych niestety doznał kontuzji i zszedł z boiska, więc graliśmy w 9 (!), i grając w takim osłabieniu jeszcze zdołaliśmy zdobyć szóstą bramkę. Nasz środkowy obrońca przedryblował pół zespołu przeciwnika i wpadł w pole karne, gdzie przerysował mu nogę obrońca przeciwników. Karny wykonał bezproblemowo rozgrywający, choć ja prosiłem, żeby dali mi strzelać - odpowiedź to było "Tu? Tu?! En arco! Rapido!!!" (arco = łuk/bramka) i śmiech. :)
W końcówce przeciwnicy zdołali odpowiedzieć jeszcze jednym trafieniem. Ten sam obrońca, który wywalczył rzut karny, popełnił sromotny błąd i wpuścił prostopadłą piłkę, po której napastnik wyszedł na "łyso", ominął mnie i strzelił do pustej. 6-3.
Ja nie byłem specjalnie zadowolony ze swojego występu, ale współgracze - owszem, i to chyba najważniejsze. A grało się bardzo przyjemnie, trudno żeby było inaczej, skoro widok z bramki był taki:
Wieczorem zaś wybrałem się na koncert do Teatro Universidad de Chile z dwiema Chilijkami i Amerykanką. Po koncercie zaś - do La Piojery na wymarzone Terremoto! :))). Pychota!!!
Po terremoto wybraliśmy się na most na Rio Mapucho, by zakosztować wypiekanych na żywo sopaipillas (placki dyniowe z pebre lub innym sosem, np. aji chileno). 100 śmieci za sztukę! (61 gr) A jakie pyszne!
Pierwszy transfer zagraniczny już w wieku juniorskim... Brawo! :D
OdpowiedzUsuńRadek
to tylko wypożyczenie :/... w sierpniu wracam do naszej szmacianej rzeczywistości :/
OdpowiedzUsuń:D
no pieknie piotrze!! ale dzisiaj szmaciarze szmacili, co? za kim byles? straszne pasztety te lachony! ale Twoja mina jest adekwatna. BOS
OdpowiedzUsuńSopapillas ,,mniam mniam,, ale ja to tesknie za empanadas de mariscos de Viña del mar .... // tak bym pojechala, ta ktorkto,tam i spowrotem,,tylko na te emanadas !!! hahahah '/ narazie,, Magdalena
OdpowiedzUsuń