Wczoraj dzień przeleciał mi więc niezbyt dobrze. Nie tylko z powodu bardzo złego samopoczucia; tym bardziej było kiepsko, że w pewnym momencie w Ambasadzie - w pół zdania wpisywanego w katalog biblioteczny - wszystko zgasło. Na całej Mar del Plata wyłączono z jakiegoś powodu prąd i jedyne, co było słychać, to ryk agregatu w strzeżonym osiedlu po drugiej stronie ulicy.
Tu pozwolę sobie na pewną dygresję. W Santiago, jak w każdym szanującym się dużym mieście, są dzielnice lepsze i gorsze. Najlepszą dzielnicą jest Las Condes i wyrastające wkoło niej osiedla domków jednorodzinnych, w których byle muchacho de un barrio nie jest mile widziany. Następne w kolejności są takie dzielnice, jak Providencia: wysokie budynki, nieraz strzeżone i z kamerami oraz wille czy bliźniaki. Przed nimi stoją zwykle nowe samochody lub właściciele podjeżdżają taksówkami. W Providencii znajdują się też wszystkie ambasady świata. Miejsce, w którym mieszkam jest na granicy Providencii i następnych w kolejności dzielnic, takich jak Santiago Centro czy Ñuñoa: składających się z kamienic i wielorodzinnych bloków, z których niektóre są strzeżone.
Furtka do ambasady:
Zanim wyszedłem, posiedziałem chwilę czekając na prąd i poświęciłem czas na czytanie biblii dyplomaty, czyli książki "Protokół dyplomatyczny", którą widać na pierwszym zdjęciu. Z niej dowiedziałem się m.in. (książka z lat 70.) że gospodarze powinni siedzieć naprzeciwko głównych drzwi do sali, że na spotkaniach dyplomatycznych przed południem podaje się ciastka i kawę, a po południu "kanapeczki", kawę, herbatę i soki (i że kanapeczki nakłada się najpierw na talerzyk, a dopiero potem pcha się do ust), że zawsze należy gościa poczęstować papierosem, czy że nauczyciele zwracają się do siebie "kolego", a nauczyciele akademiccy: "panie kolego" (sic!). Po południu elektryczność działała już normalnie, więc wróciłem do pracy, ale czułem że mam gorączkę i było mi coraz gorzej.
Po powrocie do mieszkania i wypiciu koktajlu fervexowapniowowitaminowego wyruszyłem na umówione spotkanie z Chilijczykami w typowo chilijskim barze - La Piojera. Niestety, dotarłem tam 25 minut spóźniony (bar jest ukryty między dwiema kamienicami, na wąskiej uliczce) i ci, z którymi miałem się spotkać, zdążyli już sobie pójść (zemścił się brak działającego telefonu!). Obejrzałem jednak to charakterystyczne miejsce.
La Piojera to bar zdecydowanie inny niż wszystkie znane mi dotąd bary. Jest tam koszmarnie brudno, tłoczno i głośno od rozmów, ale nie duszno ani nie jest zadymione - bo bar jest na świeżym powietrzu (wciśnięty między dwie kamienice, zadaszony ale nie zamknięty). Kilka mniejszych sal okupują grupy zorganizowane, a w sali głównej znajduje się kilka mocno już przetartych stołów z mnóstwem drewniano-wiklinowych, równie brudnych, starych i przetartych krzeseł. Nie sposób znaleźć wolnego stołu a już tym bardziej krzesła. Drinki i piwo podawane są w plastikach; piwo w litrowych butelkach (!). Najbardziej charakterystyczny drink to terremoto (trzęsienie ziemi): słodkie i nieprzezroczyste porto pomieszane z lodami ananasowymi, które - przez to, że się je zjada, zamiast pić - podobno bardzo mocno uderza do głowy. Po pierwszym terremoto następuje replica (wstrząsy wtórne): tym razem w szklance półlitrowej. Nie spróbowałem bo co będę pić sam; zdjęć też nie robiłem - przyjdę tam jeszcze raz, z kimś, kto może pomoże mi się wygrzebać spod gruzów po terremoto y replica.
Na koniec dwa przykłady na to, dlaczego w Santiago nie ma żebractwa. Po prostu każdy coś umie!
czlowiek na pasach- super!!
OdpowiedzUsuńTak dla sprostowania to kwestia najlepszej dzielnicy jest dosyc dyskusyjna i zalezna od czynnikow branych pod uwage, ale w swiadomosci przecietnego chilijczyka najlepsza (i duzo bardziej prestizowa) dzielnica jest Vitacura, konkurujaca z La Dehesa. Musisz sie tam kiedys wybrac i sam ocenic :)
OdpowiedzUsuń