Wstałem rano (za piętnaście trzecia), umyłem się, zjadłem śniadanie i zacząłem patrzeć na mapę by ustalić, do których bibliotek jest największy sens iść. Okazało się, że biblioteka Wydziału Studiów Międzynarodowych Universidad de Chile znajduje się 300m od mojego miejsca tymczasowego zamieszkania, zatem postanowiłem od niej zacząć, potem przejechać do Biblioteki Kongresu przy Huérfanos, niedaleko Pałacu Prezydenckiego La Moneda i ewentualnie - jeśli mi pozostanie trochę czasu - pójść do kilku innych bibliotek Universidad de Chile.
Wszedłem do biblioteki tego wydziału i mówię (prezentując typowo Cejrowski "tupet jak taran"): "Dzień dobry, nazywam się tak i tak, jestem z uniwersytetu takiego i takiego, piszę pracę magisterską i z tej biblioteki potrzebuję następujące książki [wymieniłem]." "Przepraszam, jeszcze raz z jakiego uniwersytetu?" "Universidad Económica de Wrocław." "Lo siento, wypożyczamy tylko Aryjczykom*". "Pero, przecież to nie stworzy wam żadnego kosztu jeśli usiądę z tą książką tutaj i ewentualnie ją później skseruję..." "spytam się führera". Zadzwoniła do szefowej, i po chwili przekazała mi wieści: studenci niearyjscy* mogą przychodzić tylko we wtorki i w czwartki i tyczy się to wszystkich bibliotek Universidad de Chile. A tak się składa, że właśnie w tych bibliotekach znalazłem najwięcej ciekawych książek.
Tak więc lekko wpieniony wybrałem się do Biblioteki Kongresu. Czasem żałuję, że nie można każdemu robić zdjęć w każdej sytuacji, bowiem w budynku Edificio Pacifico, w którym jest m.in. rzeczona Biblioteka, w windzie był... WINDZIARZ!!! Najprawdziwszy facet na stołku, w umundurowaniu, wciskający guziki w windzie! Niesamowite.
Niestety, Biblioteka już nie była taka niesamowita. Rozmowa była mniej więcej następująca: "Dzień dobry, czy są książki?" "Nie ma." "Dlaczego nie ma?" "Rozpieprzyło nam czytelnię w czasie trzęsienia ziemi. Ale może pan przyjść od wtorku do czwartku to pana obsłużymy".
Wychodząc z budynku zacząłem się śmiać. Sytuacja, w której z każdej biblioteki będą mnie wyrzucać i przenosić na wtorek (w środę rano lecę) była przekomiczna. Spojrzałem na mapę (rozwalił mi się plan dnia) i stwierdziłem, że relatywnie blisko mam na Universidad Diego Portales. To był strzał w dziesiątkę.
Większość bibliotek Universidad Diego Portales znajduje się przy alei Zbawiennej Armii (Avenida Ejército Libertador**) i tam też się udałem. Rozmowy we wszystkich z nich wyglądały podobnie. "Dzieńdobrynazywamsiętakitakpotrzebujętoito". "Z jakiego uniwersytetu?" "Uniwersytet Astronomiczny w Tegucigalpie***." "Oj to pewnie nie macie z nami konwenjo." "No nie mamy." "Aha to wejdź. Ale musisz wiedzieć że robię ci łachę." Byłem w pięciu bibliotekach i we wszystkich pięciu to samo - wielka łaska, ale bezproblemowe wejście i skorzystanie z materiałów, kserowanie ich, a nawet robienie zdjęć, takich jak to:
Jest to modlitwa do Chaveza, napisana w 1992 roku przez anonimowego wielbiciela, zaraz po tym jak Comandante został uwięziony po swoim nieudanym zamachu stanu. Wolne tłumaczenie:
Chavezie nasz, któryś jest w więzieniu
święć się zamach twój,
przyjdź do nas, do ludu,
bądź wola twoja,
jako w Wenezueli,
tak i w wojsku.
Zaufania naszego powszedniego daj nam dzisiaj,
i nie odpuszczaj zdrajcom ich win,
jako i my nie odpuszczamy
twoim winowajcom.
I nie wódź nas ku korupcji,
ale nas zbaw od Carlosa Andrésa Péreza.
Amen.
To chyba wyjątkowo dobitnie świadczy o tym, z czym mamy do czynienia analizując reżim Chaveza. :)
Jak widać, moja wycieczka do bibliotek skończyła się sukcesem, choć po drodze musiałem (oczywiście w celach naukowych!!!!11 :) odwiedzać ulice takie, jak ta:
... oraz próbowałem rozczytać się w sieci autobusów w Santiago:
Nawiązując do tytułu. Przebywając w Chile zaobserwowałem na własnej skórze psychologiczne działanie garnituru. Z racji moich praktyk, zwykle byłem cały dzień w marynarce, pod krawatem; gdy zmieniałem ubiór na "cywilny" ludzie od razu zupełnie inaczej się do mnie odnosili! Nie mogę co prawda powiedzieć, żebym był dotąd gdziekolwiek źle potraktowany, ale podam dwa przykłady. Jak poszedłem w garniturze pierwszy raz do baru, w którym często później jadałem (nazywa się Salon de Te, zgodnie więc z nazwą, nie można tam się napić herbaty)...:
...obsługa była niezwykle usłużna. "A może to, a może tamto, siamto, a może jeszcze pebre? Coś na deser? A może pupcię podetrzeć?"
Innego razu natomiast poszedłem w cywilnym ubraniu zwiedzać cmentarz i potem wstąpiłem do knajpki na terremoto. Gdy spytałem kelnera, czy mają porto, jeszcze był normalny. Jak dodałem, czy skoro nie mają porto, to "mogę dostać słodkie czerwone wino?" Cośtam bąknął. No to ja na to: "W takim razie poproszę". "Ale nie mamy!!!" - był coraz bardziej poirytowany. W końcu zamówiłem więc rzeczone terremoto. Dość powiedzieć, że gość cały czas patrzył się nade mną, jak ze mną rozmawiał.
Gdybym więc dziś poszedł do bibliotek w garniturze, pewnie byłbym znacznie lepiej obsłużony... :)
* winny jestem wyjaśnienie. "tylko Aryjczykom" to skrót myślowy; wypożyczają tylko własnym studentom i EWENTUALNIE studentom innych uniwersytetów, które mają z UdCH specjalną umowę ("convenio").
** tu naprawdę chodzi o Zbawienną Armię. Vide: Armia Andów.
*** podejrzewam, że nazwa "Wrocław" brzmi w Chile równie egzotycznie, co dla nas Tegucigalpa, swoją drogą stolica Hondurasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz