Samo Viña del Mar to po prostu kurort w dokładnym tego słowa znaczeniu. Miasto zbudowane niemal wyłącznie z ogromnych, ponaddwudziestopiętrowych hoteli i drogich lub średnio-drogich restauracji. W całym mieście nie uświadczysz metysów, chyba że są to żule pilnujące samochodów na parkingu (jeden żulik, gdy otrzymał 500 śmieciuchów - 3 zł - za "pilnowanie" samochodu stwierdził że to "nic", zatem albo zwykle "zarabia" więcej albo nie wie, że w żebractwie nie obowiązuje targowanie się).
W oceanie woda przez cały rok ma 13,5-14 st. Celsjusza i obowiązuje zakaz kąpania się (?) - a nawet jeśli zakazu jako takiego nie ma, to nikt się nie kąpie, bo jest koszmarnie zimno. Jakoś nie chce mi się wierzyć w te rewelacje, zwłaszcza że w takim Biscarrosse temperatura Atlantyku rzadko przekracza 21 stopni, a w Bałtyku ledwie dochodzi do 20 - te kilka stopni robi aż tak wielką różnicę? Ja rozumiem zimne prądy, ale jak w lecie jest 40 stopni to na pewno wskoczyłbym w taką zimnicę... (zwróćcie uwagę na człowieka opalającego się w zimowej kurtce)
Po zwiedzaniu wstąpiliśmy do kurortowej knajpy, w której zjadłem pizzę ze świeżymi owocami morza za 6200 śmieciuchów (38,5 zł) i popiłem kieliszkiem białego wina za 2000 (12 zł), do tego jeszcze 800 napiwku (5 zł)...
Viña del Mar:
Bylam tam wiele razy,, i slowo harceza,, nawet jak bylo potwornie goraco nidgy do wdy nie weszlam! brrr koszmar ta lodowata woda,, tulko zamoczylam nogi do kostek !!!! / Magdalena
OdpowiedzUsuńps to od meza : saludos desde Suecia de un Viñamarino ! /hasta luego Marco