Pora dziś na parę obserwacji dotyczących Chile - obserwacji, z których wynika, że kraj ten zalicza się do Trzeciego Świata, a nie do krajów rozwiniętych, do których - i tu zaskoczenie! - zaliczam Polskę.
1. Brak centralnego ogrzewania ni klimatyzacji w domach. Podobną rzecz zaobserwowałem na Malcie; tyle, że tam jednak duża część mieszkań miała klimatyzację. To my, ponieważ wynajmowaliśmy bardzo niskiej jakości kawalerkę, musieliśmy się wspomagać wiatrakami. Tu tymczasem... mieszkam z przedstawicielami tzw. klasy średniej, a używają do ogrzewania piecyków gazowych. Skończył mi się wczoraj gaz - zatem muszę kupić nową butlę, jeśli chcę dalej grzać się piecykiem. Butla kosztuje 6700 śmieci i starczy na ok.8 dni. Raczej się wstrzymam i zaobserwuję, jak wygląda życie kompletnie bez ogrzewania w kraju, w którym nocą temperatura spada do 0-3 stopni, a w dzień wzrasta do 10-20.
2. Co powiązane z pierwszym: brak ciepłej wody w kranie. Bojler gazowy, który działa tylko wówczas, gdy w powietrzu jest sucho; a wilgotno jest cały czas!! Tylko rano udaje mi się wziąć prysznic, gdybym mył się wieczorami, nie miałbym ciepłej wody... Ponadto moja gospodyni pierze w pralce wyłącznie w zimnej (LODOWATEJ) wodzie. Boję się spytać dlaczego.
3. Nie ma kas fiskalnych w gastronomii. W prawie wszystkich restauracjach dostaje się wyniurane kwitki z napisaną długopisem kwotą. Podobnie w kioskach (co oczywiste) i w taksówkach (co w Polsce niezbyt oczywiste). Proszę mnie nie zrozumieć źle; nie boli mnie to, po prostu pokazuje, że kraj nie jest rozwinięty. A już kuriozum to kasa na korbę, którą widziałem w jednej z restauracji.
4. Metro jest przepełnione. A przecież można temu łatwo zaradzić: podwyższając ceny! Obecnie bilet, na którym można na dobrą sprawę jeździć metrem cały dzień (jeśli się nie wyjdzie ze stacji) kosztuje 500 śmieciuchów ("horario valle", czyli zwyczajny rozkład) i 560 śmieciuchów ("horario punta", czyli godzina szczytu - od 6 do 9 i od 21 do 23). Jeśli podnieśliby ceny, to nie obserwowałbym takich dantejskich scen, jakie obserwuję w metrze. Na pewno jest jakaś cena równowagi i raczej nie jest to 560 peso.
5. Na ulicach szwenda się pełno psów, które na pewno roznoszą choroby i niektóre z nich pewnie są też agresywne. A wystarczyłoby zatrudnić hyclów i wszystkie zwierzęta wyłapać, tak jak robi się w Europie. Chociaż w obecnym świecie pewnie zrodziłoby to straszne protesty "Zielonych"...
6. Nikt nie mówi po angielsku. Jakakolwiek próba przejścia na ten język w warunkach niezrozumienia np. z ekspedientem kończy się dalszym brakiem zrozumienia. Traktują hiszpański trochę tak, jak Amerykanie z USA traktują angielski: jako język międzynarodowy. Poniekąd słusznie, ale moim zdaniem lepiej byłoby, gdyby przeciętny Chilijczyk potrafił dogadać się w tym języku przynajmniej na poziomie podstawowym.
7. Towary przetworzone są koszmarnie drogie, towary surowe są zadziwiająco tanie. Pomidora świeżego kupi się po 300 śmieci za kilogram (poniżej 2 zł - w zimie!), pomidory w puszkach kosztują ponad 1000 śmieci. Krewetki świeże 5zł za kilogram, w puszce - 10zł sztuka! Jak wyjaśnił mi Christian, to wygląda tak: ponieważ w Chile nie ma firm specjalizujących się w opakowaniach, półprodukty wysyłane są do Chin, tam pakowane i importowane na powrót do Chile. Paranoja.
8. Pełno sprzedawców na ulicach. To mi się akurat podoba - można sobie rano kupić kawę, sopaipillas (placki dyniowe) czy empanadas ("pierogi"), po południu jakiś tani film który będzie miał premierę za dwa tygodnie, czapkę czy orzeszki. Wieczorem po wyjściu np. z klubu o 2 w nocy można zjeść sobie gorącą empanadę. Gdy pada - sprzedawcy konwertują się na parasolarzy!
9. Wysoki przyrost naturalny i bardzo młode społeczeństwo. Przyrost naturalny 10 promili, czyli 1% (w porównaniu do UE, gdzie nie ma przyrostu gwarantującego prostą wymianę pokoleń, to dużo). Gdzieś widziałem też statystyki dotyczące procentu osób, które nie ukończyły 15 lat, ale teraz nie mogę ich nigdzie znaleźć. Były w każdym razie oczywiście wyższe niż w Unii.
10. Niepoprawność polityczna. Niestety ta choroba i tu dotarła, ale na szczęście działa bardzo słabo i ludzie myślą dość niezależnie.
Co do mnie natomiast, to wczoraj i dzisiaj dni były dość nudne; upłynęły mi na wpisywaniu do katalogu komputerowego książek z ambasady (księga inwentarzowa skończona wreszcie! co oznacza, że zostały mi do wpisania "tylko" 593 książki z 2473). W ambasadzie też robiłem sobie obiady: wczoraj - cieniusieńką chilijską wołowinę z cebulą, bułką i pomidorem; dziś zaś - chilijskiego łososia. Świeży filet z łososia w Polsce kosztuje ok. 50-60 zł za kilogram, tu natomiast - 7500 śmieciuchów (46,50 zł); cena więc podobna, niewiele niższa. Niemniej był fantastyczny! Przyprawiony jedynie solą i pieprzem oraz cytryną, wprost rozpływał się w ustach.
Jutro zadebiutuję w barwach zespołu Punto Rojo FC. Zagram przynajmniej pół meczu na bramce; jeśli będzie mi dobrze szło - może i cały (podobno nie mają bramkarza wcale). Zaliczę więc obserwację z cyklu "piłka nożna na świecie" w praktyce :) - tak, jak obserwowałem na Malcie. Może i tu będę jednym z najlepszych zawodników, tak jak mi się zdarzyło na Malcie?
Wieczorem zaś wybieram się na koncert do Teatro de Universidad de Chile. Za jedyne 1500 śmieciuchów posłucham sobie koncertu wiolonczelowego Dworzaka na żywo! Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że poziom będzie wyższy niż na koncercie w Universidad de Santiago de Chile.
piątek, 9 lipca 2010
Tercer mundo
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz