wtorek, 3 sierpnia 2010

Belleza ataca, belleza avasalla, belleza achanta, belleza gana!

Oto i mój ostatni wpis z Chile. :)

Ostatnie dni spędziłem bardzo, ale to bardzo pracowicie, przygotowując materiały do swojej pracy magisterskiej. Ostatecznie, jest to ok. 140 stron w formie drukowanej i 2026 zdjęć, czyli około 3700-3900 stron - zajmujących 18 gigabajtów na dysku. Razem może być więc ponad 4000 stron, które mogę wykorzystać do pracy! Wyglądają one np. tak:

(z książki o konspiracji wynoszącej Chaveza do władzy)

Ciężko mi powiedzieć, ile spośród nich jest o Wenezueli a ile o Chile, ale podejrzewam, że może to być coś w rodzaju 1500-2500 lub wręcz 1000-3000. Znalazłem mnóstwo materiałów o Chavezie, ale żal byłby nie skorzystać też z ogromu literatury na temat junty Pinocheta. Tak naprawdę, to mógłbym więc choćby dziś zasiąść i zacząć pisać pracę (no, może nie dziś, bo jest północ, a jutro muszę wstać rano i lecieć do Polski :).

W bibliotekach spotkałem tylko kilka niemiłych osób. Cała reszta była bardzo miła, pomocna, a nawet usłużna. Nawet w Bibliotece Narodowej (pomimo, że miałem na sobie tylko marynarkę od garnituru ;). A dlaczego nawet? o tym za moment.

Otóż Biblioteka Narodowa ma swój bardzo specyficzny i niesamowicie anachroniczny system. Książki (lub czasopisma) wypożycza się w ten sposób, że wypełnia się kartkę z całym kwestionariuszem osobowym (niemal łącznie z danymi na temat swojej przeszłości chorobowej), gdzie można napisać tylko jedną pozycję ze zbiorów. Jednorazowo można wręczyć tylko dwie kartki. Ja więc, mając listę składającą się z 46 pozycji, musiałem wypełnić 46 karteczek i wręczyć je 23 razy - choć prościej byłoby, oczywiście, wypełnić jeden kwestionariusz i powiedzmy no już te 46 kartek z samymi danymi na temat książek, a później do stolika brać po dwie. Niestety, tak się nie dało. W BN spędziłem łącznie 10 godzin i zebrałem ok. 1200 stron materiałów, ale myślę, że warto. Ich zbiory są niesamowicie obszerne, a sama biblioteka jest bardzo przyjemna do pracy:

Dziś zaś wybrałem się do Biblioteki Kongresu, która po lutowym trzęsieniu ziemi zmaga się ze żmudnym zadaniem poustawiania książek na półkach. Oczywiście, samo ustawianie nie jest wystarczające, bo wykorzystali tę okazję, by książki przejrzeć i zakonserwować. Główne zbiory mieszczą się w podziemiu:

... książki zaczynają się od okolic roku 1830. Seńor Ricardo był bardzo zadowolony, że kogoś to interesuje i pokazał mi kilka:


Niestety, Kongres nie miał mi zupełnie nic do zaoferowania. Okazało się, że wszystkie artykuły, które potrzebuję, znajdują się w Bibliotece Głównej w Valparaiso (na wybrzeżu, ok. 100 km od Santiago)...

Skąd dzisiejszy tytuł? Tytuł oznacza: "piękno atakuje, piękno zniewala, piękno onieśmiela, piękno wygrywa!" W Santiago, między ogromem brzydoty, który nie jest charakterystyczny dla niego - jest charakterystyczny dla całości świata, są miejsca o niebywałym wprost pięknie, które przyćmiewają wszystko, co widzi się gdziekolwiek indziej. Na przykład studiując na Universidad Católica, ma się codziennie taki widok:


wychodząc z kampusu, można go zobaczyć w całej okazałości:

Pracując w Bibliotece Narodowej, chodzi się po takich korytarzach:


...a wracając do domu, na przykład w kierunku Las Condes, można być zaatakowanym przez piękno wciskające się między budynki:


Na koniec, zdjęcie obrazujące, że wcale mi w Santiago źle nie było ;)


p.s. jeszcze jedna ciekawostka. Widziałem dzisiaj sklep z czekoladkami, w którym oczywiście nabyłem trochę słodyczy. Dlaczego? Zobaczcie sami:




Tak, ten sklep założyli Polacy.

Teraz mogę już z czystym sercem powiedzieć: Santiago - hasta luego! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz