wtorek, 27 lipca 2010

Experiencia buena o problemas con tesis

Moje praktyki powoli dobiegają końca i podobnie też rzecz się ma z pobytem w Chile. Jeśli chodzi o podsumowanie mojego pobytu w tym kraju (choć jeszcze przede mną 8 dni), przede wszystkim nachodzą mnie dwie myśli.

Pierwsza jest taka, że było mi tu znacznie gorzej, niż się spodziewałem: wielu rzeczy, których się spodziewałem, nie udało mi się napotkać. Spodziewałem się bowiem, naoglądawszy się Cejrowskiego, na przykład tego, że - ponieważ jestem w Ameryce Łacińskiej - jedzenie będzie sporo tańsze niż w Polsce, na ulicy będzie można napić się świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, śniadanie będę jadł po drodze do pracy itp. Owszem; jest tu znacznie więcej sprzedaży na ulicach; po drodze do pracy mogę napić się kawy, zjeść jakieś ciastko, gdybym poruszał się po odpowiedniej trasie, mógłbym po drodze kupić sobie sopaipillę czy świeżo prażone orzechy, ale wszystko to jest dość drogie (tzn. okej, kawa za 2 zł, sopaipilla za 1 zł/szt. czy orzechy za 2,50 zł to niewiele, ale wciąż jest to pewien wydatek). Spodziewałem się też, że będzie sporo cieplej, tj. że w mieszkaniu ogrzewanie będzie efektywne (i nie będzie np. nieszczelności w oknach), oraz że codziennie będzie po 20-25 stopni. Niestety, 20 stopni jest rzadko, a zwykle jest w przedziale 7-10. Jak wychodzę o 8:30 z domu to bywa, że jest zero i temperatura co prawda szybko rośnie, ale i tak bez czapki, szalika i rękawiczek się nie obędzie. Na zdjęciu: drzewo parujące słonecznym rankiem po mroźnej nocy.


Myślałem, że całe jedzenie będzie dużo lepsze niż polskie. Owszem, znaczna większość pożywienia jest lepsza (nienapakowana kolorantami, konserwantami itp.), zwłaszcza mięsa, ryby i jogurty. Jest jednak rzecz, która kładzie się cieniem na tej sytuacji. Chilijczycy absolutnie nie potrafią upiec chleba ani bułek; wszystko jest nadmuchane lub płaskie i twarde, każdy rodzaj pieczywa smakuje tak samo. Kupiłem grahamki, to okazały się grudowate i gliniaste. Zdecydowanie najbardziej brakuje mi tu polskiego pieczywa.

Spodziewałem się też, że będę miał czas i siłę na poszukiwanie materiałów do pracy magisterskiej i że będzie to łatwiejsze. Tymczasem napotkałem spore problemy: znalazłem sporo materiałów w bibliotece Ambasady, ale muszę skserować 3000 stron (niech będzie i 1500, jeśli każdą parę stron wydrukuje się na jednej kartce), więc będę musiał wydać minimum 90 zł na kserowanie (10 śmieciuchów strona), chyba, że zdecyduję się na robienie zdjęć materiałom - ale wtedy spędzę straszną ilość czasu na robieniu zdjęć, zmarnuję kilka baterii i na pewno napędzę sobie frustracji. Do tego dojdą - mam nadzieję! - materiały z ambasady Wenezueli (dziś miałem je odebrać, ale nie przygotowali ich, bo koncentrują się na pracy dotyczącej uniknięcia konfliktu zbrojnego z Kolumbią. Może jutro je odbiorę) i materiały z bibliotek, gdzie już teraz znalazłem ok. 30 książek (je też będę musiał skserować! A ksero w bibliotece to 30 śmieciuchów strona). Okazało się też, jeśli trzymam się problemów finansowych, że muszę zapłacić dodatkowe 48000 śmieciuchów za ostatnie 9 dni pobytu - dotychczas zapłacony czynsz był za miesiąc...


Spodziewałem się, że pojadę na jakieś dłuższe wycieczki, a tymczasem z powodów finansowych najdalej, gdzie pojechałem, to była Vina del Mar...

Inna sprawa, że spotkało mnie tu sporo dobrych sytuacji, których się nie spodziewałem. Najistotniejszą z nich jest chyba spotkanie pana Jose Hosiassona, który jest niesamowitym człowiekiem, świetnym znawcą jazzu i ogólnie muzyki, do tego super-sympatyczny i ze świetnym poczuciem humoru. W tej chwili właśnie słucham sobie muzyki, którą zgrałem sobie na komputer od Niego. Nie spodziewałem się, że będę co parę dni chodził na koncerty jazzowe. Nie spodziewałem się, że poznam sympatyczne Chilijki: Glorię i Karlę. Z Glorią wczoraj robiłem placki ziemniaczane, danie może niezbyt typowe dla kuchni polskiej, ale na pewno bardzo egzotyczne dla Chilijczyków... potem jedliśmy je ze śmietaną (25%!! Tu nie ma 18%...) i syropem z trzciny cukrowej, popijając caipiroshką (caipirinha zrobiona na bazie polskiej wódki vodka.pl, zamiast cachaki).

Druga myśl, która mnie nachodzi, to to, że na pewno nie będę żałował wyjazdu do Chile. Ta podróż, oprócz wspomożenia mojej pracy magisterskiej (oby!), dała i ciągle daje mi mnóstwo doświadczeń, które wzbogacają moje CV i moje osobiste doświadczenie, oraz utwierdzają mnie w moich postanowieniach i poglądach na życie, czyli...:


:)))

Przykro mi, że nie mogę lub nie potrafię zapisać na blogu wszystkich doświadczeń, które mnie tu spotykają. O wielu też zapominam i przypominam sobie po czasie. Wszystko będę mógł opowiedzieć gdy ochłonę w Polsce (czy raczej: gdy się ogrzeję w Polsce! :))) i w cztery oczy.

2 komentarze:

  1. Coś forma spada, strasznie chaotyczna ta notka i dużo powtórzeń rażących w oczy jak:

    Pierwsza jest taka, że było mi tu znacznie gorzej, niż się SPODZIEWAŁEM: wielu rzeczy, których się SPODZIEWAŁEM, nie udało mi się napotkać. SPODZIEWAŁEM się bowiem [..].

    Ale to taka mała uwaga :)

    OdpowiedzUsuń
  2. pisane po wódce i tuż przed północą :P

    OdpowiedzUsuń