wtorek, 29 czerwca 2010

Embajada es una bomba!

Dziś pierwszy raz pracowałem w ambasadzie. To było niesamowite doświadczenie.

Ambasada z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie. To po prostu spora biała willa, na fasadzie wisi duża flaga Polski oraz Unii Europejskiej, przy wejściu zaś (trzymetrowa metalowa brama z domofonem) wiszą metalowe tabliczki z informacją o tym miejscu, a także informacją o godzinach działania konsulatu - ponieważ obie instytucje umiejscowione są w tym samym budynku i w zasadzie się przenikają. Koło ambasady jest zadbany, malutki ogródek z palmami, za nią zaś - stolik z krzesełkami (palarnia), którą pracownicy nazywają pieszczotliwie... Wersalem :).

Przyszedłem przed 10 rano, bo powiedziano mi, żebym trochę się spóźnił. Ubrany w garnitur, krawat etc. poszedłem za panią sekretarz, którą przydzielono do opieki nade mną. Jak się okazało, prawdopodobnie wkrótce będę mógł przychodzić do ambasady znacznie bardziej nieformalnie.

Pierwszy raz w życiu, w jakiejkolwiek pracy, posiadam swój własny gabinet. I co najciekawsze, w tym gabinecie - poza sekretarzykiem i biurkiem z komputerem - znajduje się całkiem spory plakat o Polakach-pionierach Chile, gdzie wymieniony jest dużymi literami, skądinąd znany mi... Hugon Zapałowicz. Tym, którzy już zaznali chorej podniety muszę wyjaśnić, że osobnik ten nie jest udowodnionym przodkiem ani krewnym mojej rodziny; choć przez parę lat faktycznie mieszkał we Lwowie, nic mi nie wiadomo na temat jego pokrewieństwa z moją rodziną.

Komputer niestety jest do niczego. Ma co prawda dostęp do Internetu i windowsa (bodajże 98) oraz starego offica, ale ma niestety tendencję do wieszania się w najmniej spodziewanych momentach. Całe szczęście, że mam nawyk zapisywania swojej pracy co 3-4 minuty, bo gdy zawiesił się po raz pierwszy, byłem po wpisaniu około 200 książek do bazy bibliotecznej.

Potem spotkałem pana Ambasadora, który okazał się równie sympatycznym człowiekiem, co pani Dorota; ponadto, jest profesorem ekonomii, więc doskonale rozumie, czemu mój temat pracy magisterskiej jest tak ciekawy. Zna też mojego promotora. Zaoferował pomoc w szukaniu materiałów do pracy. Owa pomoc jest bardzo interesująca: poprosił bowiem jedną z chilijskich pracownic o skontaktowanie się z córką Pinocheta, Ines Lucią Hirarte, w celu porozmawiania z nią! Co prawda ona nie ma wykształcenia ekonomicznego, a politologiczne, ewentualna rozmowa raczej nie będzie miała więc specjalnego wpływu na merytoryczną zawartość mojej pracy magisterskiej, ale da mi pewne nowe spojrzenie na kwestię reżimu jej ojca (jest bowiem największą orędowniczką decyzji podjętych przez Augusto Pinocheta przez 16 lat sprawowania władzy).

P.S. ulica, przy której znajduje się Ambasada, to Mar del Plata. Plata oznacza "srebro", a w chilijskim wariancie hiszpańskiego - pieniądze; tak więc "Mar del Plata" to po prostu morze pieniędzy :))))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz