Na przykład, narzekają (wspólnie ze mną, przyznaję), że jest strasznie zimno. A potem przychodzę do domu, a tam - otwarte na oścież okna. WIETRZYMY! A muszę przy tym zauważyć, że wcale nie było duszno w środku. Ale cóż, prababcia pasąca lamy w Andach uczyła, że trzeba robić przeciąg, to trzeba.
Owoców nie kupują prawie wcale, a jak kupują, to te leżą tygodniami i się psują:
Inny przykład. Jak tylko zostawię gdzieś jakiś talerzyk czy kubeczek nieumyty, mówią mi, że jestem "muy desordenado". Podobnie z porządkiem w "moim" pokoju. Słyszę co jakiś czas od nich komentarze (żartobliwe, rzecz jasna) na temat nieporządku w moim pokoju. A oni tymczasem - nie zamiatają w kuchni wcale. Nie posiadają odkurzacza - lub go nigdy nie używają. Nie myją lad w kuchni. Kuchenka potrafi być zaolejona całymi tygodniami. Jakieś żarcie stoi tydzień w garnku na kuchence. Okap jest CZARNY od brudu i kurzu (no ale ok, może nie sięgają wzrokiem tak wysoko):
A dzisiaj dali mi do zrozumienia, że jem za dużo na śniadania (które mam u nich "za darmo" z racji tego, że zapłaciłem za wynajęcie pokoju). Napiszę zatem co zwykle jem na śniadanie: jedna płaska bułka lub pół marraquety (coś jak "duża bułka") z masłem (które sam sobie kupiłem), serem żółtym i szynką, pół lub cały pomidor, herbata lub sok (który sam sobie kupiłem). Raz do dwóch razy na tydzień jajecznica z dwóch jajek. W czym przesadziłem? "bo jak była u nas Agata to ona nic nie jadła na śniadanie". Co mnie to obchodzi? Czy ja jestem jakąś durną anorektyczną babą, która nie wiedziała, że skoro zapłaciła za śniadania to ma je jeść? Napiszcie mi proszę, co jem za dużo na śniadanie, bo może faktycznie w czymś przesadzam. Może powinni mi racjonować? I wydawać kartki, jak za Allende. :)
Jest jeszcze jeden duży kontrast, który wyczuwam w tym domostwie. Większość sprzętów działa słabo: bojler nie działa wieczorami; we wtorek po meczu MUSIAŁEM się wykąpać, więc czekałem 20 minut aż wreszcie zaskoczy i zacznie "produkować" ciepłą wodę - rankami zwykle udaje mu się za pierwszym razem. W kuchni brakuje kilku kafelków, okno wyjściowe na ogród jest zbite:
A w tym samym czasie, mają w domu świetny sprzęt muzyczny, świetny komputer z płaskim ekranem, basen w ogrodzie, stać ich na jeżdżenie wszędzie taksówkami.
Ale już zupełnym kuriozum było to, co gospodyni powiedziała mi wczoraj. To akurat nie był ich eksces, tylko - nazwijmy go - ogólnochilijski. Otóż, w Chile nie wolno wrzucać papierów do kibla. Widziałem napis tej treści w kiblu w ambasadzie, ale zwykle go ignorowałem, bo w takim razie co mam robić z brudnym papierem - przecież nie wrzucę go do kubła na śmieci! Otóż, drodzy państwo, to właśnie mam robić. Za przeproszeniem, zasrane podcierki, mają lądować w śmietniku obok kibla. Wydało mi się to tak śmieszne, irracjonalne i obrzydliwe, że gdy Maria Eugenia mi to powiedziała, dalej wydawało mi się to niemożliwe. Ale, jakby to dalej irracjonalnie nie brzmiało, sprawdziłem. W kuble w ambasadzie faktycznie figuruje papier z plamami. A to wszystko dlatego, że rury się zatykają, bo są stare - i wtedy wszystko "wraca".
Nie no, aż po prostu morda mi się śmieje jak to piszę. Ale to prawda! Zdjęć o tym nie będzie. :D
hahahahahahahahahahaha!!!!!!!!!!!!!!! moze powinienes sam sobie kupowac pomidory?? ja tak w sejnach robie, bo tam obok gory miesa przypada na czlowieka plaster pomidora :D
OdpowiedzUsuń