piątek, 30 lipca 2010

Traje abre puertas

Dziś przeszedłem się po raz pierwszy po bibliotekach uniwersyteckich. Efekt? 14 pozycji do bibliografii (12 książek i 2 artykuły) i prawie 700 stron materiałów do pracy magisterskiej! A muszę nadmienić, że na razie odwiedziłem te biblioteki, po których najmniej się spodziewałem. Dlaczego? O tym za chwilę.

Wstałem rano (za piętnaście trzecia), umyłem się, zjadłem śniadanie i zacząłem patrzeć na mapę by ustalić, do których bibliotek jest największy sens iść. Okazało się, że biblioteka Wydziału Studiów Międzynarodowych Universidad de Chile znajduje się 300m od mojego miejsca tymczasowego zamieszkania, zatem postanowiłem od niej zacząć, potem przejechać do Biblioteki Kongresu przy Huérfanos, niedaleko Pałacu Prezydenckiego La Moneda i ewentualnie - jeśli mi pozostanie trochę czasu - pójść do kilku innych bibliotek Universidad de Chile.

Wszedłem do biblioteki tego wydziału i mówię (prezentując typowo Cejrowski "tupet jak taran"): "Dzień dobry, nazywam się tak i tak, jestem z uniwersytetu takiego i takiego, piszę pracę magisterską i z tej biblioteki potrzebuję następujące książki [wymieniłem]." "Przepraszam, jeszcze raz z jakiego uniwersytetu?" "Universidad Económica de Wrocław." "Lo siento, wypożyczamy tylko Aryjczykom*". "Pero, przecież to nie stworzy wam żadnego kosztu jeśli usiądę z tą książką tutaj i ewentualnie ją później skseruję..." "spytam się führera". Zadzwoniła do szefowej, i po chwili przekazała mi wieści: studenci niearyjscy* mogą przychodzić tylko we wtorki i w czwartki i tyczy się to wszystkich bibliotek Universidad de Chile. A tak się składa, że właśnie w tych bibliotekach znalazłem najwięcej ciekawych książek.

Tak więc lekko wpieniony wybrałem się do Biblioteki Kongresu. Czasem żałuję, że nie można każdemu robić zdjęć w każdej sytuacji, bowiem w budynku Edificio Pacifico, w którym jest m.in. rzeczona Biblioteka, w windzie był... WINDZIARZ!!! Najprawdziwszy facet na stołku, w umundurowaniu, wciskający guziki w windzie! Niesamowite.

Niestety, Biblioteka już nie była taka niesamowita. Rozmowa była mniej więcej następująca: "Dzień dobry, czy są książki?" "Nie ma." "Dlaczego nie ma?" "Rozpieprzyło nam czytelnię w czasie trzęsienia ziemi. Ale może pan przyjść od wtorku do czwartku to pana obsłużymy".

Wychodząc z budynku zacząłem się śmiać. Sytuacja, w której z każdej biblioteki będą mnie wyrzucać i przenosić na wtorek (w środę rano lecę) była przekomiczna. Spojrzałem na mapę (rozwalił mi się plan dnia) i stwierdziłem, że relatywnie blisko mam na Universidad Diego Portales. To był strzał w dziesiątkę.

Większość bibliotek Universidad Diego Portales znajduje się przy alei Zbawiennej Armii (Avenida Ejército Libertador**) i tam też się udałem. Rozmowy we wszystkich z nich wyglądały podobnie. "Dzieńdobrynazywamsiętakitakpotrzebujętoito". "Z jakiego uniwersytetu?" "Uniwersytet Astronomiczny w Tegucigalpie***." "Oj to pewnie nie macie z nami konwenjo." "No nie mamy." "Aha to wejdź. Ale musisz wiedzieć że robię ci łachę." Byłem w pięciu bibliotekach i we wszystkich pięciu to samo - wielka łaska, ale bezproblemowe wejście i skorzystanie z materiałów, kserowanie ich, a nawet robienie zdjęć, takich jak to:


Jest to modlitwa do Chaveza, napisana w 1992 roku przez anonimowego wielbiciela, zaraz po tym jak Comandante został uwięziony po swoim nieudanym zamachu stanu. Wolne tłumaczenie:

Chavezie nasz, któryś jest w więzieniu
święć się zamach twój,
przyjdź do nas, do ludu,
bądź wola twoja,
jako w Wenezueli,
tak i w wojsku.
Zaufania naszego powszedniego daj nam dzisiaj,
i nie odpuszczaj zdrajcom ich win,
jako i my nie odpuszczamy
twoim winowajcom.
I nie wódź nas ku korupcji,
ale nas zbaw od Carlosa Andrésa Péreza.
Amen.


To chyba wyjątkowo dobitnie świadczy o tym, z czym mamy do czynienia analizując reżim Chaveza. :)

Jak widać, moja wycieczka do bibliotek skończyła się sukcesem, choć po drodze musiałem (oczywiście w celach naukowych!!!!11 :) odwiedzać ulice takie, jak ta:



... oraz próbowałem rozczytać się w sieci autobusów w Santiago:


Nawiązując do tytułu. Przebywając w Chile zaobserwowałem na własnej skórze psychologiczne działanie garnituru. Z racji moich praktyk, zwykle byłem cały dzień w marynarce, pod krawatem; gdy zmieniałem ubiór na "cywilny" ludzie od razu zupełnie inaczej się do mnie odnosili! Nie mogę co prawda powiedzieć, żebym był dotąd gdziekolwiek źle potraktowany, ale podam dwa przykłady. Jak poszedłem w garniturze pierwszy raz do baru, w którym często później jadałem (nazywa się Salon de Te, zgodnie więc z nazwą, nie można tam się napić herbaty)...:



...obsługa była niezwykle usłużna. "A może to, a może tamto, siamto, a może jeszcze pebre? Coś na deser? A może pupcię podetrzeć?"

Innego razu natomiast poszedłem w cywilnym ubraniu zwiedzać cmentarz i potem wstąpiłem do knajpki na terremoto. Gdy spytałem kelnera, czy mają porto, jeszcze był normalny. Jak dodałem, czy skoro nie mają porto, to "mogę dostać słodkie czerwone wino?" Cośtam bąknął. No to ja na to: "W takim razie poproszę". "Ale nie mamy!!!" - był coraz bardziej poirytowany. W końcu zamówiłem więc rzeczone terremoto. Dość powiedzieć, że gość cały czas patrzył się nade mną, jak ze mną rozmawiał.

Gdybym więc dziś poszedł do bibliotek w garniturze, pewnie byłbym znacznie lepiej obsłużony... :)

* winny jestem wyjaśnienie. "tylko Aryjczykom" to skrót myślowy; wypożyczają tylko własnym studentom i EWENTUALNIE studentom innych uniwersytetów, które mają z UdCH specjalną umowę ("convenio").

** tu naprawdę chodzi o Zbawienną Armię. Vide: Armia Andów.

*** podejrzewam, że nazwa "Wrocław" brzmi w Chile równie egzotycznie, co dla nas Tegucigalpa, swoją drogą stolica Hondurasu.

wtorek, 27 lipca 2010

Experiencia buena o problemas con tesis

Moje praktyki powoli dobiegają końca i podobnie też rzecz się ma z pobytem w Chile. Jeśli chodzi o podsumowanie mojego pobytu w tym kraju (choć jeszcze przede mną 8 dni), przede wszystkim nachodzą mnie dwie myśli.

Pierwsza jest taka, że było mi tu znacznie gorzej, niż się spodziewałem: wielu rzeczy, których się spodziewałem, nie udało mi się napotkać. Spodziewałem się bowiem, naoglądawszy się Cejrowskiego, na przykład tego, że - ponieważ jestem w Ameryce Łacińskiej - jedzenie będzie sporo tańsze niż w Polsce, na ulicy będzie można napić się świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, śniadanie będę jadł po drodze do pracy itp. Owszem; jest tu znacznie więcej sprzedaży na ulicach; po drodze do pracy mogę napić się kawy, zjeść jakieś ciastko, gdybym poruszał się po odpowiedniej trasie, mógłbym po drodze kupić sobie sopaipillę czy świeżo prażone orzechy, ale wszystko to jest dość drogie (tzn. okej, kawa za 2 zł, sopaipilla za 1 zł/szt. czy orzechy za 2,50 zł to niewiele, ale wciąż jest to pewien wydatek). Spodziewałem się też, że będzie sporo cieplej, tj. że w mieszkaniu ogrzewanie będzie efektywne (i nie będzie np. nieszczelności w oknach), oraz że codziennie będzie po 20-25 stopni. Niestety, 20 stopni jest rzadko, a zwykle jest w przedziale 7-10. Jak wychodzę o 8:30 z domu to bywa, że jest zero i temperatura co prawda szybko rośnie, ale i tak bez czapki, szalika i rękawiczek się nie obędzie. Na zdjęciu: drzewo parujące słonecznym rankiem po mroźnej nocy.


Myślałem, że całe jedzenie będzie dużo lepsze niż polskie. Owszem, znaczna większość pożywienia jest lepsza (nienapakowana kolorantami, konserwantami itp.), zwłaszcza mięsa, ryby i jogurty. Jest jednak rzecz, która kładzie się cieniem na tej sytuacji. Chilijczycy absolutnie nie potrafią upiec chleba ani bułek; wszystko jest nadmuchane lub płaskie i twarde, każdy rodzaj pieczywa smakuje tak samo. Kupiłem grahamki, to okazały się grudowate i gliniaste. Zdecydowanie najbardziej brakuje mi tu polskiego pieczywa.

Spodziewałem się też, że będę miał czas i siłę na poszukiwanie materiałów do pracy magisterskiej i że będzie to łatwiejsze. Tymczasem napotkałem spore problemy: znalazłem sporo materiałów w bibliotece Ambasady, ale muszę skserować 3000 stron (niech będzie i 1500, jeśli każdą parę stron wydrukuje się na jednej kartce), więc będę musiał wydać minimum 90 zł na kserowanie (10 śmieciuchów strona), chyba, że zdecyduję się na robienie zdjęć materiałom - ale wtedy spędzę straszną ilość czasu na robieniu zdjęć, zmarnuję kilka baterii i na pewno napędzę sobie frustracji. Do tego dojdą - mam nadzieję! - materiały z ambasady Wenezueli (dziś miałem je odebrać, ale nie przygotowali ich, bo koncentrują się na pracy dotyczącej uniknięcia konfliktu zbrojnego z Kolumbią. Może jutro je odbiorę) i materiały z bibliotek, gdzie już teraz znalazłem ok. 30 książek (je też będę musiał skserować! A ksero w bibliotece to 30 śmieciuchów strona). Okazało się też, jeśli trzymam się problemów finansowych, że muszę zapłacić dodatkowe 48000 śmieciuchów za ostatnie 9 dni pobytu - dotychczas zapłacony czynsz był za miesiąc...


Spodziewałem się, że pojadę na jakieś dłuższe wycieczki, a tymczasem z powodów finansowych najdalej, gdzie pojechałem, to była Vina del Mar...

Inna sprawa, że spotkało mnie tu sporo dobrych sytuacji, których się nie spodziewałem. Najistotniejszą z nich jest chyba spotkanie pana Jose Hosiassona, który jest niesamowitym człowiekiem, świetnym znawcą jazzu i ogólnie muzyki, do tego super-sympatyczny i ze świetnym poczuciem humoru. W tej chwili właśnie słucham sobie muzyki, którą zgrałem sobie na komputer od Niego. Nie spodziewałem się, że będę co parę dni chodził na koncerty jazzowe. Nie spodziewałem się, że poznam sympatyczne Chilijki: Glorię i Karlę. Z Glorią wczoraj robiłem placki ziemniaczane, danie może niezbyt typowe dla kuchni polskiej, ale na pewno bardzo egzotyczne dla Chilijczyków... potem jedliśmy je ze śmietaną (25%!! Tu nie ma 18%...) i syropem z trzciny cukrowej, popijając caipiroshką (caipirinha zrobiona na bazie polskiej wódki vodka.pl, zamiast cachaki).

Druga myśl, która mnie nachodzi, to to, że na pewno nie będę żałował wyjazdu do Chile. Ta podróż, oprócz wspomożenia mojej pracy magisterskiej (oby!), dała i ciągle daje mi mnóstwo doświadczeń, które wzbogacają moje CV i moje osobiste doświadczenie, oraz utwierdzają mnie w moich postanowieniach i poglądach na życie, czyli...:


:)))

Przykro mi, że nie mogę lub nie potrafię zapisać na blogu wszystkich doświadczeń, które mnie tu spotykają. O wielu też zapominam i przypominam sobie po czasie. Wszystko będę mógł opowiedzieć gdy ochłonę w Polsce (czy raczej: gdy się ogrzeję w Polsce! :))) i w cztery oczy.

sobota, 24 lipca 2010

Vida después de la muerte

Wczoraj wybrałem się w bardzo ciekawe miejsce - Cmentarz Generalny w Santiago.

To narodowa nekropolia Chile. Spoczywają tu na 85 hektarach m.in. wszyscy zmarli prezydenci z wyjątkiem Videli i Pinocheta, ale też tysiące zwykłych obywateli. Dla porównania, użytkowa część Cmentarza Grabiszyńskiego to 20 ha, a Osobowickiego - 50 ha.

Na cmentarz poszedłem na nogach. Jak minąłem górę Serro Blanco:


...po lewej stronie pojawił się tak dobrze mi znany z Polski widok... ogródków działkowych, z niskimi drzewami owocowymi i mnóstwem altanek. Dopiero po chwili ogarnąłem się i zauważyłem, że tak właśnie wygląda Cmentarz Generalny!


Przy bramie miły ochroniarz dał mi listę osobistości leżących na tym cmentarzu, z wykazem pól, na których znajdują się ich groby. Niestety nie miał dla mnie mapy, więc szukanie grobów trwało dość długo. Ale dzięki temu zobaczyłem dużo więcej. Są grobowce i całe części cmentarza oznaczone w ten sposób:


...co oznacza "niebezpieczeństwo". Po ostatnim trzęsieniu ziemi wiele grobowców i nagrobków zawaliło się, lub ich konstrukcja została poważnie naruszona:






Dotarłem jednak do trzech najważniejszych miejsc pochówku, zachowanych w nienaruszonym stanie: najpierw zobaczyłem grób Ignacego Domeyko (i całej rodziny Domeyków), od którego została nawet nazwana też ta z "ulic" na cmentarzu, pośrodku której się on znajduje - w końcu Domeyko to bohater narodowy:


Następnie rozpocząłem żmudne poszukiwania grobowca Allende, koło którego przechodziłem parę razy, ale w życiu się nie domyśliłem, że ta "makieta wieży Isengardu" to właśnie ten grób. Dopiero jeden z robotników pracujących przy rekonstrukcji grobowców mi pokazał. Sama tablica nagrobna znajduje się pod ziemią, wejście po schodkach pod "Isengard":




Trzecie miejsce to grobowiec rodzinny Pinochetów. Augusto Pinochet Ugarte jest pochowany gdzieś na swojej farmie na wsi, bo obawiano się niszczenia grobowca. Reszta rodziny jest tutaj:


A na koniec zdjęcia obrazujące skrajne różnice w dochodach między warstwami społecznymi Chile. Najpierw "aztecka świątynia" zbudowana przez jakiegoś bogacza:

"wielopoziomowy budynek mieszkalny" w miniaturze:

a tu biedota. Aleja zniszczonych nagrobków (przepraszam za jakość zdjęcia, już było bardzo ciemno)...:

...trzypiętrowe pawilony z nagrobkami...:

...których jest multum.


A po półtoragodzinnym hienowaniu na cmentarzu zniszczonym przez terremoto, czas na... terremoto! :)

środa, 21 lipca 2010

Cuidado con mierda

Moi gospodarze trochę mnie czasami zadziwiają. Nie są hipokrytami, ale zwykle ich działania rozmijają się z ich wypowiedziami. Są trochę jak zagubione dzieci.

Na przykład, narzekają (wspólnie ze mną, przyznaję), że jest strasznie zimno. A potem przychodzę do domu, a tam - otwarte na oścież okna. WIETRZYMY! A muszę przy tym zauważyć, że wcale nie było duszno w środku. Ale cóż, prababcia pasąca lamy w Andach uczyła, że trzeba robić przeciąg, to trzeba.

Owoców nie kupują prawie wcale, a jak kupują, to te leżą tygodniami i się psują:


Inny przykład. Jak tylko zostawię gdzieś jakiś talerzyk czy kubeczek nieumyty, mówią mi, że jestem "muy desordenado". Podobnie z porządkiem w "moim" pokoju. Słyszę co jakiś czas od nich komentarze (żartobliwe, rzecz jasna) na temat nieporządku w moim pokoju. A oni tymczasem - nie zamiatają w kuchni wcale. Nie posiadają odkurzacza - lub go nigdy nie używają. Nie myją lad w kuchni. Kuchenka potrafi być zaolejona całymi tygodniami. Jakieś żarcie stoi tydzień w garnku na kuchence. Okap jest CZARNY od brudu i kurzu (no ale ok, może nie sięgają wzrokiem tak wysoko):


A dzisiaj dali mi do zrozumienia, że jem za dużo na śniadania (które mam u nich "za darmo" z racji tego, że zapłaciłem za wynajęcie pokoju). Napiszę zatem co zwykle jem na śniadanie: jedna płaska bułka lub pół marraquety (coś jak "duża bułka") z masłem (które sam sobie kupiłem), serem żółtym i szynką, pół lub cały pomidor, herbata lub sok (który sam sobie kupiłem). Raz do dwóch razy na tydzień jajecznica z dwóch jajek. W czym przesadziłem? "bo jak była u nas Agata to ona nic nie jadła na śniadanie". Co mnie to obchodzi? Czy ja jestem jakąś durną anorektyczną babą, która nie wiedziała, że skoro zapłaciła za śniadania to ma je jeść? Napiszcie mi proszę, co jem za dużo na śniadanie, bo może faktycznie w czymś przesadzam. Może powinni mi racjonować? I wydawać kartki, jak za Allende. :)

Jest jeszcze jeden duży kontrast, który wyczuwam w tym domostwie. Większość sprzętów działa słabo: bojler nie działa wieczorami; we wtorek po meczu MUSIAŁEM się wykąpać, więc czekałem 20 minut aż wreszcie zaskoczy i zacznie "produkować" ciepłą wodę - rankami zwykle udaje mu się za pierwszym razem. W kuchni brakuje kilku kafelków, okno wyjściowe na ogród jest zbite:

A w tym samym czasie, mają w domu świetny sprzęt muzyczny, świetny komputer z płaskim ekranem, basen w ogrodzie, stać ich na jeżdżenie wszędzie taksówkami.

Ale już zupełnym kuriozum było to, co gospodyni powiedziała mi wczoraj. To akurat nie był ich eksces, tylko - nazwijmy go - ogólnochilijski. Otóż, w Chile nie wolno wrzucać papierów do kibla. Widziałem napis tej treści w kiblu w ambasadzie, ale zwykle go ignorowałem, bo w takim razie co mam robić z brudnym papierem - przecież nie wrzucę go do kubła na śmieci! Otóż, drodzy państwo, to właśnie mam robić. Za przeproszeniem, zasrane podcierki, mają lądować w śmietniku obok kibla. Wydało mi się to tak śmieszne, irracjonalne i obrzydliwe, że gdy Maria Eugenia mi to powiedziała, dalej wydawało mi się to niemożliwe. Ale, jakby to dalej irracjonalnie nie brzmiało, sprawdziłem. W kuble w ambasadzie faktycznie figuruje papier z plamami. A to wszystko dlatego, że rury się zatykają, bo są stare - i wtedy wszystko "wraca".

Nie no, aż po prostu morda mi się śmieje jak to piszę. Ale to prawda! Zdjęć o tym nie będzie. :D

poniedziałek, 19 lipca 2010

San Perro de Chile

W Santiago jest mnóstwo psów. Wylegują się na przystankach, przy kratkach klimatyzacji metra, na trawnikach, przy krawężnikach, wszędzie.


Co trzeba wiedzieć to fakt, że Chilijczycy raczej nie trzymają w domach psów, tak jak my w Europie. Mało kto ma swojego psa - wychodzą z założenia, że dość ich jest na ulicach. Rzadko widzi się osobę na spacerze z psem. Co jeszcze ciekawsze - na chodnikach i trawnikach prawie nie ma psich gówien, od których uginają się nasze chodniki! Nie wiem z czego to wynika. Generalnie jest tu straszny syf, wszędzie śmieci, brud itp., a te koszmarne mnóstwo bezdomnych psów najwyraźniej załatwia się w toalecie. Albo wyłącznie leżą.


Psy bywają wytresowane! Kiedy wracałem o 1:30 w nocy z koncertu z koleżanką chilijką, podszedł do nas ogromny psiur i stanął przed Glorią. Ta wyciągnęła do niego rękę, a on podał łapę. Powtórzył ten gest kilka razy, zatem to nie był przypadek. Po chwili rozłożył się przed nią całą rozciągłością, na przystanku autobusowym, tak jak ten:


Kotów za to nie ma wcale. Nie wiem, czy rozwiązanie jest tak proste, jak mi się wydaje (jest dużo psów = jest mało kotów), czy może Chilijczycy trzymają właśnie koty w domach. Niemniej codziennie rano po przebudzeniu słyszę walki kotów (czy może kotów z psami?).

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie z tej samej serii. Miś uszatek przechodzi przez jezdnię:

niedziela, 18 lipca 2010

Informe muy esperado de antίpodas

Dłuższa przerwa w publikowaniu mam nadzieję tylko uzbroiła szanownych Czytelników w pożądanie dla nowych informacji z antypodów - tak więc, bez chwili zwłoki, przystąpię do raportowania.

Albo nie, jednak będzie chwila zwłoki. Wpierw potrzebuję bowiem wyjaśnić jedną rzecz. Pewna osoba skarżyła mi się na ciągłe podawanie cen i wyliczeń. Chciałbym więc wyjaśnić: ceny i wyliczenia to kwestia najbardziej interesująca dla mnie, oraz jest to rzecz, której zwykle brakuje mi np. w programach podróżniczych, gdzie taki p. Cejrowski mówi np. "wszystko jest bardzo tanie", ale nierzadko nie pokazuje realnych cen. Dla mnie to porównanie jest natomiast bardzo ciekawe, i bardzo ułatwia np. planowanie podróży. Osoba wybierająca się do Chile powinna bowiem wiedzieć na przykład, że na miejscu nie opłaca się kupować past do zębów - bo są importowane z USA i około trzech razy droższe niż w Polsce (mnie się udało dorwać bardzo dużą obniżkę ceny na pewną pastę bezmarkową, gdzie za 200ml zapłaciłem 1000 śmieciuchów. Normalna cena to 1200 śmieciuchów za tubkę 150ml). Itd.

A teraz do rzeczy. W piątek wybrałem się na wycieczkę do malowniczego Cajon de Maipo. Oto przykładowe widoki po drodze:

1. Widok z ulicy Florida w kierunku Kordyliery

2. Początek kanionu

3. Zawieruszony plakacik wyborczy Sebastiana Pinery przy drodze w kanionie

4. Typowy widok w Cajon: rzeka i w oddali szczyty Andów

5. Troszkę kojarzący się z Tatrami krajobraz w środku kanionu


Wczoraj natomiast wybrałem się wieczorem z panem Hossiasonem do klubu jazzowego Theolonius na koncert chilijskiego zespołu (o klasie eksportowej, jak określił pan Józef) Contracuarteto.

Zanim jednak kwartet zaczął grać, w Theoloniusie występował bigband pod dyrekcją pewnego Amerykanina, w którym - jak się okazuje - większość dzieciaków pochodzi spod skrzydeł Gerharda Mornhinwega, z zespołu Conchali Big Band. Dzieciaki grały nieźle, ale brakowało im pewności w solówkach, a może przede wszystkim... dobrego zestrojenia się.

Contracuarteto, który występował po dzieciakach, to zespół o znacznie wyższym poziomie. Skład (jak nazwa wskazuje, czterech ludzi): saksofon altowy i flet, saksofon tenorowy, kontrabas i perkusja. Saksofonista tenorowy wyglądał jak d'Artagnan:

i co najmniej równie dobrze władał instrumentem, co jego pierwowzór szablą.

Dziś natomiast dzień upłynął mi bardzo leniwie, gdybym nie poszedł sobie kupić czapki i szalika z wełny alpaki to nie zrobiłbym zupełnie nic. Btw. tak, mam plamy na bluzie, ale widać je tylko na zdjęciu :P:

czwartek, 15 lipca 2010

Historia en cuadernos

Nie miałem ostatnio czasu ani sił, żeby pisać, dziś też nie mam, więc skoncentruję się wyłącznie na obrazkach.

Camarrones crudos:

Camarrones cocinando (con vino blanco):

Camarrones fritos (con brotes de soya y trozo de pan):


Tak wyglądała jedna z moich kolacji w ostatnim czasie.

A oto koncert w klubie jazzowym (jazz afroperuwiański, mam też krótkie nagrania ale się tu nie zmieszczą):



i na koniec zdjęcie z kuchni. Należy zwrócić uwagę na trzy rzeczy: koszmarnie twarda płaska chilijska bułka (STRASZNA) na ladzie, brud na ladzie, brud na podłodze (ale to ja jestem "desordenado" :P) i olej marki Belmont (czyli tej samej, co najgorsze szlugi w Chile):

poniedziałek, 12 lipca 2010

¡Nunca jamás al restaurante sin diccionario!

Zanim objaśnię, o co mi chodzi w tym emocjonalnym tytule, zacznę chronologicznie. Wybrałem się wczoraj do kościoła, do którego chodzę co tydzień, bo mam najbliżej. Straszą w nim posoborowe wnętrza, z czarnym Chrystusem wychodzącym ze ściany i podwieszonym na drucie. Po prawej zaś zagadkowe zdanie "Chile: stół dla każdego", które chyba odnosi się do tego, że w Chile każdy może bez spowiedzi przyjąć komunię (?):

W tej to posoborowej salce katechetycznej, będącej raczej jaskinią niż świątynią, usadził się zespół muzyki "folkoreligioso", który z udziałem gitary i bongosów (Kyrie Eleison!) akompaniuje Księdzu w czasie mszy. Nie grają źle, pieśni nie są też tak głupkowate jak niektóre "piosenki" w polskich kościołach, ale sam fakt, że wykorzystuje się bębny w czasie Najświętszej Ofiary woła o pomstę do nieba.

Dziś natomiast wybrałem się do miasta na zakupy i po nich wybrałem się do knajpki serwującej dania z owoców morza. Przeglądając menu, zauważyłem, że wszystko co rozumiem i lubię kosztuje między 3800 a 4800 śmieciuchów, nie zastanawiając się więc za bardzo wybrałem danie, którego nazwa najbardziej mi się podobała, nie wiedząc zupełnie co to jest (ale za to za 2500 śmieci). To danie to almejas al matico, czyli po polsku: mięczaki w matico (roślina endemiczna rosnąca tylko w Ameryce Południowej). Spytałem się bardzo sympatycznej pani kelnerki, czy to jest podawane z frytkami, czy może z czymś innym. Ona na to: "Esas son sin papas fritas, porque son crudos!" (Są bez frytek, bo są "crudos"). Ja na to: "Vale, pero no van con papas fritas?" (okej, ale nie mogą być z frytkami?), "No, porque son CRUDOS!" (nie, bo są CRUDOS!). Co prawda brzmiało to jak ostrzeżenie, ale nie rozumiałem słowa crudos; coś mi się kołatało po głowie, ale sam siebie uspokoiłem że "crudo" musi znaczyć "panierowany w grubym cieście", więc bez sensu żeby jeszcze był z frytkami. Za jakieś 10 minut pani przyszła i przyniosła mi to:

Jak to zobaczyłem, pomyślałem sobie jak przykładny Polak: "o ...wa mać". Od razu też przypomniałem sobie, co oznacza słowo "crudo". Znaczy nic innego, jak SUROWY...
...tak więc otrzymałem pełny, głęboki talerz mięczaków w wodzie morskiej z sosem własnym, sokiem z cytryny, cebulą, czosnkiem, pietruszką i matico. Śmierdzące jak odpływ, będące o konsystencji grzybów marynowanych i smakujące... matico. Sam fakt jednak, że były zimne i zapach plaży przy podnoszeniu do ust spowodował, że nie odczuwałem specjalnej przyjemności z jedzenia. Jak na przykładnego Polaka przystało jednak, zjadłem prawie całość, podziękowałem wylewnie mówiąc że to po prostu trochę za dużo dla mnie i że następnym razem przyjdę na coś ciepłego, po czym zostawiłem napiwek. :)

I jeszcze dwa zdjęcia z przedwczoraj. Tak wygląda La Piojera wieczorami...:

...a dziewczyny nie są w żadnym ślepym zaułku na ulicy - tak wyglądają ściany w La Piojerze!



p.s. tytuł znaczy "Nigdy więcej do restauracji bez słownika!"

niedziela, 11 lipca 2010

TU? TU?! EN ARCO! RAPIDO!!!

Wczoraj wybrałem się na drugi koniec miasta (Las Condes, ta część która jest przy samych górach), by zagrać mecz w barwach klubu Punto Rojo FC.

Klub ten ma trzy sekcje, podzielone w dość ciekawy sposób. Mianowicie, są dwie sekcje juniorskie: A i B (lepsza i gorsza), w których grają zawodnicy w wieku 18-28 (a więc niespecjalnie juniorzy), oraz sekcja seniorska (czy raczej powiedzielibyśmy w Polsce: oldbojów), w której grają zawodnicy w wieku 28-42. Mnie zakwalifikowano a priori do sekcji juniorów A (bo nie skończyłem 28 lat) i w jej barwach rozegrałem mecz.

Idąc na boisko, zwróciłem uwagę, jaki niektórzy mają widok z okna:


Mecz przeciwko ekipie Pincharratas ("Szczurobójcy" - ale też pseudonim argentyńskiego zespołu Estudiantes La Plata) nie rozpoczął się dla nas dobrze. Już przed meczem okazało się, że brakuje jednego zawodnika, więc nie dość, że mecz trzeba rozegrać w 10, to jeszcze bez żadnych zmian. Pierwsze minuty przyniosły mnóstwo akcji po obu stronach, które jednak kończyły się na 30 metrze, lub anemicznymi strzałami, które wyłapywałem ja lub ten drugi bramkarz, względnie lądowały nad lub obok bramki. Po kilkunastu minutach prawą stroną przedarł się jeden z zawodników drużyny przeciwnej i pociągnął po oknie w długim rogu - byłem kompletnie bez szans i zrobiło się 0-1. Zawodnicy z pola szybko wzięli się do roboty i za chwilę było 1-1 - po wątpliwym faulu w polu karnym czarny prawoskrzydłowy (Cristian) pewnie wykonał rzut karny.

Potem obrona znowu raczyła przysnąć. Po moim piąstkowaniu niebezpiecznej piłki środkowy obrońca próbował wybijać, ale zrobił to tak niefortunnie, że wystawił na strzał napastnikowi na 18 metrze. Zamiast łapać, sparowałem piłkę lekko do boku, podbiegł napastnik i skierował ją do pustej. 1-2. Napastnicy znowu wzięli się do roboty i jeszcze przed końcem I połowy zdołali wyrównać. Strzał z miejsca, zza obrońców, kompletnie zaskoczył bramkarza. 2-2.

Po przerwie mocno wziął się do roboty pan trener, noszący nie bez przyczyny numer 9 na koszulce. W ciągu kwadransa strzelił hattricka i zrobiło się 5-2. Po tych golach grało się już znacznie wygodniej, było dużo miejsca z przodu, bo przeciwnicy się odkryli. Jeden z naszych niestety doznał kontuzji i zszedł z boiska, więc graliśmy w 9 (!), i grając w takim osłabieniu jeszcze zdołaliśmy zdobyć szóstą bramkę. Nasz środkowy obrońca przedryblował pół zespołu przeciwnika i wpadł w pole karne, gdzie przerysował mu nogę obrońca przeciwników. Karny wykonał bezproblemowo rozgrywający, choć ja prosiłem, żeby dali mi strzelać - odpowiedź to było "Tu? Tu?! En arco! Rapido!!!" (arco = łuk/bramka) i śmiech. :)

W końcówce przeciwnicy zdołali odpowiedzieć jeszcze jednym trafieniem. Ten sam obrońca, który wywalczył rzut karny, popełnił sromotny błąd i wpuścił prostopadłą piłkę, po której napastnik wyszedł na "łyso", ominął mnie i strzelił do pustej. 6-3.

Ja nie byłem specjalnie zadowolony ze swojego występu, ale współgracze - owszem, i to chyba najważniejsze. A grało się bardzo przyjemnie, trudno żeby było inaczej, skoro widok z bramki był taki:

Wieczorem zaś wybrałem się na koncert do Teatro Universidad de Chile z dwiema Chilijkami i Amerykanką. Po koncercie zaś - do La Piojery na wymarzone Terremoto! :))). Pychota!!!

Po terremoto wybraliśmy się na most na Rio Mapucho, by zakosztować wypiekanych na żywo sopaipillas (placki dyniowe z pebre lub innym sosem, np. aji chileno). 100 śmieci za sztukę! (61 gr) A jakie pyszne!

piątek, 9 lipca 2010

Tercer mundo

Pora dziś na parę obserwacji dotyczących Chile - obserwacji, z których wynika, że kraj ten zalicza się do Trzeciego Świata, a nie do krajów rozwiniętych, do których - i tu zaskoczenie! - zaliczam Polskę.

1. Brak centralnego ogrzewania ni klimatyzacji w domach. Podobną rzecz zaobserwowałem na Malcie; tyle, że tam jednak duża część mieszkań miała klimatyzację. To my, ponieważ wynajmowaliśmy bardzo niskiej jakości kawalerkę, musieliśmy się wspomagać wiatrakami. Tu tymczasem... mieszkam z przedstawicielami tzw. klasy średniej, a używają do ogrzewania piecyków gazowych. Skończył mi się wczoraj gaz - zatem muszę kupić nową butlę, jeśli chcę dalej grzać się piecykiem. Butla kosztuje 6700 śmieci i starczy na ok.8 dni. Raczej się wstrzymam i zaobserwuję, jak wygląda życie kompletnie bez ogrzewania w kraju, w którym nocą temperatura spada do 0-3 stopni, a w dzień wzrasta do 10-20.

2. Co powiązane z pierwszym: brak ciepłej wody w kranie. Bojler gazowy, który działa tylko wówczas, gdy w powietrzu jest sucho; a wilgotno jest cały czas!! Tylko rano udaje mi się wziąć prysznic, gdybym mył się wieczorami, nie miałbym ciepłej wody... Ponadto moja gospodyni pierze w pralce wyłącznie w zimnej (LODOWATEJ) wodzie. Boję się spytać dlaczego.

3. Nie ma kas fiskalnych w gastronomii. W prawie wszystkich restauracjach dostaje się wyniurane kwitki z napisaną długopisem kwotą. Podobnie w kioskach (co oczywiste) i w taksówkach (co w Polsce niezbyt oczywiste). Proszę mnie nie zrozumieć źle; nie boli mnie to, po prostu pokazuje, że kraj nie jest rozwinięty. A już kuriozum to kasa na korbę, którą widziałem w jednej z restauracji.

4. Metro jest przepełnione. A przecież można temu łatwo zaradzić: podwyższając ceny! Obecnie bilet, na którym można na dobrą sprawę jeździć metrem cały dzień (jeśli się nie wyjdzie ze stacji) kosztuje 500 śmieciuchów ("horario valle", czyli zwyczajny rozkład) i 560 śmieciuchów ("horario punta", czyli godzina szczytu - od 6 do 9 i od 21 do 23). Jeśli podnieśliby ceny, to nie obserwowałbym takich dantejskich scen, jakie obserwuję w metrze. Na pewno jest jakaś cena równowagi i raczej nie jest to 560 peso.

5. Na ulicach szwenda się pełno psów, które na pewno roznoszą choroby i niektóre z nich pewnie są też agresywne. A wystarczyłoby zatrudnić hyclów i wszystkie zwierzęta wyłapać, tak jak robi się w Europie. Chociaż w obecnym świecie pewnie zrodziłoby to straszne protesty "Zielonych"...

6. Nikt nie mówi po angielsku. Jakakolwiek próba przejścia na ten język w warunkach niezrozumienia np. z ekspedientem kończy się dalszym brakiem zrozumienia. Traktują hiszpański trochę tak, jak Amerykanie z USA traktują angielski: jako język międzynarodowy. Poniekąd słusznie, ale moim zdaniem lepiej byłoby, gdyby przeciętny Chilijczyk potrafił dogadać się w tym języku przynajmniej na poziomie podstawowym.

7. Towary przetworzone są koszmarnie drogie, towary surowe są zadziwiająco tanie. Pomidora świeżego kupi się po 300 śmieci za kilogram (poniżej 2 zł - w zimie!), pomidory w puszkach kosztują ponad 1000 śmieci. Krewetki świeże 5zł za kilogram, w puszce - 10zł sztuka! Jak wyjaśnił mi Christian, to wygląda tak: ponieważ w Chile nie ma firm specjalizujących się w opakowaniach, półprodukty wysyłane są do Chin, tam pakowane i importowane na powrót do Chile. Paranoja.

8. Pełno sprzedawców na ulicach. To mi się akurat podoba - można sobie rano kupić kawę, sopaipillas (placki dyniowe) czy empanadas ("pierogi"), po południu jakiś tani film który będzie miał premierę za dwa tygodnie, czapkę czy orzeszki. Wieczorem po wyjściu np. z klubu o 2 w nocy można zjeść sobie gorącą empanadę. Gdy pada - sprzedawcy konwertują się na parasolarzy!

9. Wysoki przyrost naturalny i bardzo młode społeczeństwo. Przyrost naturalny 10 promili, czyli 1% (w porównaniu do UE, gdzie nie ma przyrostu gwarantującego prostą wymianę pokoleń, to dużo). Gdzieś widziałem też statystyki dotyczące procentu osób, które nie ukończyły 15 lat, ale teraz nie mogę ich nigdzie znaleźć. Były w każdym razie oczywiście wyższe niż w Unii.

10. Niepoprawność polityczna. Niestety ta choroba i tu dotarła, ale na szczęście działa bardzo słabo i ludzie myślą dość niezależnie.

Co do mnie natomiast, to wczoraj i dzisiaj dni były dość nudne; upłynęły mi na wpisywaniu do katalogu komputerowego książek z ambasady (księga inwentarzowa skończona wreszcie! co oznacza, że zostały mi do wpisania "tylko" 593 książki z 2473). W ambasadzie też robiłem sobie obiady: wczoraj - cieniusieńką chilijską wołowinę z cebulą, bułką i pomidorem; dziś zaś - chilijskiego łososia. Świeży filet z łososia w Polsce kosztuje ok. 50-60 zł za kilogram, tu natomiast - 7500 śmieciuchów (46,50 zł); cena więc podobna, niewiele niższa. Niemniej był fantastyczny! Przyprawiony jedynie solą i pieprzem oraz cytryną, wprost rozpływał się w ustach.

Jutro zadebiutuję w barwach zespołu Punto Rojo FC. Zagram przynajmniej pół meczu na bramce; jeśli będzie mi dobrze szło - może i cały (podobno nie mają bramkarza wcale). Zaliczę więc obserwację z cyklu "piłka nożna na świecie" w praktyce :) - tak, jak obserwowałem na Malcie. Może i tu będę jednym z najlepszych zawodników, tak jak mi się zdarzyło na Malcie?

Wieczorem zaś wybieram się na koncert do Teatro de Universidad de Chile. Za jedyne 1500 śmieciuchów posłucham sobie koncertu wiolonczelowego Dworzaka na żywo! Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że poziom będzie wyższy niż na koncercie w Universidad de Santiago de Chile.

środa, 7 lipca 2010

Vida divertida

Wczoraj był najgorszy - pod względem pogody - dzień odkąd jestem w Santiago.
Cały dzień lało. Gdy w Polsce jest deszcz, zwykle popada 10-15 minut, a potem jest przerwa. Tu lało cały dzień, cały dzień krople rozbijały się o dachy, chodniki, głowy ludzi i parasole. Ulice szybko zamieniły się w rwące potoki (to nie jest metafora), a chodniki w rybne stawy (to jest metafora). Więcej skakałem niż normalnie szedłem.

Co ciekawe: ci, których wcześniej widziałem na ulicy i trudnili się pucowaniem butów, sprzedawaniem filmów lub czapek czy szalików na ulicy, teraz przystosowali się do sytuacji i... sprzedawali parasole (PARAGUITAS! PARAGUAS! PARAGUITAS! - i tak cały dzień). Podejrzewam, że zrobili dobry interes, bo na jednym takim gównianym parasolu mają jakąś 4-5 krotną przebitkę.

Ale wracając do głównego wątku. Przeszedłem się trochę i przemoczyłem się CAŁKOWICIE. Nie miałem ze sobą "paraguity", bo wychodząc rano nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle. Całe szczęście, że miałem spodnie, buty, skarpety i koszulę na zmianę. Potrzebowałem jednak dwie godziny później wyjść na koncert - więc suszyłem kurtkę nad junkersem włączonym na cały regulator.

By trochę się wysuszyć, po drodze wpadłem do restauracyjki, w której obejrzałem drugą połowę meczu Holandii z Urugwajem. Co było ciekawe w tej knajpie (oczywiście poza faktem, że wszyscy obecni kibicowali Urugwajowi), to kasa. Chyba pierwszy i ostatni raz widziałem w knajpie kasę na korbkę! Taką, jak metalowe liczydło, które mamy w garażu. Pech chciał, że akurat nie miałem przy sobie aparatu, więc nie zrobiłem zdjęcia. Może wybiorę się tam jeszcze raz, tylko po to, żeby zrobić zdjęcie tej kasie!

Wieczorem poszedłem więc na koncert w Universidad de Santiago de Chile. Orkiestra uniwersytecka była na dość niskim poziomie (świetne puzony i tuba, średnie waltornie, słabe drzewo, niezły kwintet a zwłaszcza sekcja basowa), ale grali super muzykę: Elgara, Czajkowskiego, Strawińskiego i jakieś chilijskie tło do komedii Moliera, co było najsłabszym punktem programu. Zdecydowanie najmocniejszym punktem programu było to, że jako przedstawiciel ambasady dostałem dla siebie i mojej partnerki (bardzo sympatyczna Chilijka Karla, którą poznałem przez couchsurfing) miejsca w trzecim rzędzie oraz to, że po koncercie odbył się "koktajl", na którym były chilijskie przekąski i drinki za darmochę.

Dziś zaś w pracy od rana byłem chwalony, przez wszystkich, za pracę, którą wykonuję. Czuję się bardzo doceniony, choć też trochę wykorzystywany. Narzucają mi coraz trudniejsze i bardziej wymagające zadania i zobaczę, czy wszystkim podołam.

Po pracy zaś poszedłem do uniwersytetów, żeby porozwieszać ogłoszenie tej treści:

Co mnie zdziwiło to podejście pracowników do faktu, że rozwieszam ogłoszenia. Po pierwszym pytaniu "Gdzie mogę powiesić to ogłoszenie?" ich oczy mówiły "No idź, k..., znajdź se ścianę i powieś"; po chwili ich usta szły po rozum do głowy, odzywała się indiańska dusza i mówili inaczej, to znaczy: "No idź, znajdź se ścianę i powieś" ... Poziom wolnej amerykanki w tym kraju jest naprawdę niesamowity :)).
Swoją drogą, zobaczymy czy będzie jakiś odzew na ogłoszenia.

A na koniec zdjęcie z metra. Przed 9 rano lepiej metrem nie jeździć, bo nie dość że bilety droższe (560 śmieci zamiast 500), to jeszcze nieraz trzeba czekać aż przejadą 3-4 metra, aż uda się wsiąść.


Wczoraj widziałem w metrze coś, czego nigdy nie zapomnę. Dwóch facetów, widząc, że wagon jest przepełniony, stanęło plecami do siebie i weszli w metro jak... nawet nie wiem jak to nazwać. Jak dziwaczne dwugłowe zwierzę, coś w rodzaju kraba lub pająka; zapierali się rękami i nogami o futrynę, a plecami o samych siebie i w ten sposób, jak walec wpychając ludzi w głąb metra, wcisnęli się do środka. To był niesamowity widok. Trochę surrealistyczny.