Mając dłuższą chwilę wolnego czasu w pociągu, postanowiłem
wykorzystać ją na zapisanie kilku moich chaotycznych, generalnych obserwacji na
temat USA, a w szczególności Chicago, które właśnie opuszczam w kierunku
wschodnim, udając się pociągiem Amtraka do Grand Rapids.
Komunikacja miejska w Chicago jest zorganizowana
rewelacyjnie. Po każdej ważniejszej ulicy jeżdżą autobusy, do każdej dzielnicy
dojedzie się kolejką. Na autobusy i kolejkę ma się jeden bilet – kartę, w moim
przypadku trzydniową, która za 14 USD (49 PLN) daje możliwość nielimitowanego podróżowania
po wszystkich trasach. Dodatkowo, autobusy mają przystanki na każdym rogu i
wszystkie działają jako przystanki na żądanie, dzięki czemu komunikacja
przebiega szybko, sprawnie i wygodnie.
Inna rzecz: ludzie są bardzo mili, wszędzie, wszyscy.
Praktycznie nigdy nie zdarza się, żeby ktoś był opryskliwy, niezadowolony;
każda rozmowa kończy się uśmiechem, życzeniami miłego dnia, miłego wieczoru
albo po prostu „have a good one” („dobrego czegokolwiek”). Każde
nieporozumienie jest rozwiązywane za pomocą śmiechu. Nawet komunikaty w kolejce
miejskiej kończą się słowami „thank you for riding the CTA”. Kiedy spytać się
kogoś o drogę, nie tylko powie i naprowadzi, ale i będzie usilnie pokazywał „tu
proszę wysiąść!”, „tam jest pana stacja!”, „po drugiej stronie ulicy!”, co nie
jest irytujące, ale raczej miłe. Jeśli rozmowa trwa dłużej niż minutę,
następuje pytanie „skąd jesteś?”. Co ciekawe, gdy każę ludziom zgadywać, bez
wahania wskazują na Polskę – widocznie są już przyzwyczajeni do specyficznego
polskiego akcentu.
Generalnie w najprostszych usługach pracują czarni, sklepy i
bary prowadzą biali. Żółci najwyraźniej trzymają się siebie – jedyne sklepy i
usługi prowadzone przez żółtych widziałem w Chinatown w Filadelfii. Tym
niemniej, przy zamiataniu ulic najczęściej pracują czarni, podobnie w ochronie
czy jako kierowcy autobusów, za kasami w sklepach za to najczęściej widuje się
białych lub latynosów. Co się tyczy latynosów, niektórzy z nich ledwo mówią po
angielsku – dzięki czemu w czasie pobytu w Chicago bardzo przydała mi się
znajomość hiszpańskiego.
Na przejściach dla pieszych nie ma zielonego światła, tylko
białe. :P Czystość ulic jest bardzo zróżnicowana i mocno zależy od dzielnicy. W
niektórych, jak np. Pilsen, jest straszny syf, ale już downtown a zwłaszcza
Millenium Park są tak wymuskane, że aż błyszczą. Na ulicach jest MNÓSTWO
samochodów, ale światła są dobrze poustawiane i z rzadka widuje się
jakiekolwiek korki. Inna sprawa, że ciężko o korki, gdy całe miasto jest jak
szachownica – każdą ulicę można ominąć inną, równoległą, np. od południa lub od
północy.
Generalnie Chicago jest dość drogim miastem. Standardowy
obiad, składający się z dania głównego oraz przystawki lub deseru i jakiegoś
napoju, oznacza wydatek rzędu 10-20 USD (35-70 PLN). Jedzenie w fastfoodach
jest dużo tańsze, ok. 4-10 USD za danie (14-30 PLN). W zależności od miejsca,
piwo kosztuje od 2 do 6 USD (7-21 PLN). Napoje od 0,50 USD w sklepach do 4 USD
w barach (1,75-14 PLN). W każdej knajpie, pubie, restauracji, wodę niegazowaną w
każdej ilości dostanie się za darmo (z kranu), a kawa często bywa na zasadzie
„wielkiej dolewki” – płacisz raz, a obsługa chodzi cały czas i dolewa Ci jak
masz mało.
Gdybym mieszkał w Chicago utrzymanie mojej diety byłoby ogromnym
wyzwaniem. Już teraz wiem, że przez ostatnie dni jadłem dużo takich rzeczy,
których absolutnie nie powinienem jeść.
Być może przed przybieraniem na wadze uratuje mnie to, że jadłem
generalnie mało (z soboty na niedzielę zdarzyło mi się przez 24 godziny nic nie
zjeść, tak było koszmarnie gorąco). Moją nową miłością są za to „popsickles” –
słodko-kwaśne lody wodne na patyku. Kupiłem 18 sztuk za 3,30 USD, co oznacza 64
grosze za sztukę. Doskonale orzeźwiają. :) Wracając jednak do mojej diety, w
Stanach absolutnie nie ma możliwości zakupienia chleba żytniego razowego. Nawet
w polskiej piekarni najbardziej „zdrowy” chleb był orkiszowy albo pszenno-żytni
na zakwasie. Żyta nie znajet. Za to znajet sałatki, czyli pod tym względem są
lepsi np. od Maltańczyków czy Czechów.
Jeśli kogoś interesuje, co zajadam na pokładzie pociągu –
mam paczkę różnych orzechów i nasion o nazwie „Of the Earth” („Ziemskie”) firmy
Superior. Chrupię nimi z cicha, a po diagonalnej łapczywie zerka na moją
czynność dziewczyna tak gruba, że aż jej oczu nie widać. :P Co mnie jednak dość
sążnie zdziwiło, mega grubych ludzi aż tak wielu nie ma. To znaczy, ogólnie
rzecz biorąc „grubość” ludzi jest na wyższym poziomie niż u nas (ja, pomimo
mojej budowy, byłbym tu raczej uważany za szczupłego), ale potworów za wielu
nie widziałem. W niedzielę co prawda, gdy poszedłem do Subwaya na kanapkę,
widziałem potwora 2m wysokiego i 2m szerokiego, ale to był wyjątek.
(co interesujące, potwór wziął to co ja – „footlong”, czyli
kanapkę o długości stopy, za 7,77 USD/27 PLN. Różnica pomiędzy nami była taka, że ja w przeciwieństwie do niego nie
wiedziałem co robię, bowiem myślałem, że footlong to chwyt marketingowy, a nie
NAPRAWDĘ kanapka długości stopy, a poza tym on kanapkę zagryzał jeszcze paczką
czipsów i zapijał coca-colą...)
Jak można było się spodziewać, Amerykanie mają głęboko w
dupie Euro 2012. Znalezienie baru pokazującego transmisję graniczy z cudem –
najczęściej bary wolą pokazywać powtórki poprzednich meczów baseballowych, koszykarskich
czy futbolu amerykańskiego. Jeśli już leci gdzieś Euro, to bez dźwięku. Dotąd
tylko w Barbakanie, polskiej restauracji przy Belmont, udało mi się obejrzeć
mecz z komentarzem. Barbakan to niewielka knajpka w samym centrum „polskiej
dzielnicy”. Przez wielu uważana za najlepszą polską restaurację w mieście.
Trudno się dziwić – wczorajsza wołowina w chrzanie była naprawdę znakomita,
podobnie jak suróweczki i kompot.
Jeśli już mówimy o różnicach kulturowych. Często spotkać się można z opinią, że Wrocław to
wielokulturowe miasto, bo przez stulecia stykały się u nas trzy czy cztery
różne kultury. To naprawdę niewiele. Otóż prawdziwym wielokulturowym tyglem
jest Chicago. Tu funkcjonują naraz setki i tysiące różnych kultur, a nawet
cywilizacji. Codziennie kilka umiera, ale powstają nowe, nie tylko jednostkowo,
ale jako klastry już istniejących. Nikt nie płacze za tymi kulturami, które
odchodzą, nikt też na siłę nie wspiera tych, które się pojawiają. W ramach
miasta funkcjonują setki „neighbourhoods”, gdzie – jak w polskiej dzielnicy –
większość napisów jest w obcym języku, a niektórzy sprzedawcy czy usługodawcy
ledwo dukają po angielsku. Nie jest niczym dziwnym, że w barze nazywającym się
„Italian Beef”, w którym zjadłem wczoraj kolację, połowa kucharzy to latynosi,
druga połowa to Hindusi, sprzedawca jest czarny, mięso produkcji amerykańskiej,
a przyprawy ewidentnie azjatyckie. W Filadelfii „świątynia” masońska
funkcjonować może 10 metrów od kościoła metodystów i 100m od synagogi. Pomnik
ku czci osadników irlandzkich jest tuż obok monumentu dotyczącego wojny
koreańskiej i centrum kultury polsko-amerykańskiej.
Sporo jeszcze czeka mnie po powrocie do Chicago. Poza
oczywistą koniecznością wybrania się do biblioteki Uniwersytetu Chicagowskiego,
zamierzam wspiąć się na Willis Tower by podziwiać miasto u swoich stóp, do tego
fajnie byłoby przepłynąć się wodną taksówką po rzece Chicago i zasmakować
jakiegoś plenerowego koncertu lub może stand-upu (to jest tydzień festiwali!).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz