wtorek, 12 czerwca 2012

Pierwsze obserwacje


Mając dłuższą chwilę wolnego czasu w pociągu, postanowiłem wykorzystać ją na zapisanie kilku moich chaotycznych, generalnych obserwacji na temat USA, a w szczególności Chicago, które właśnie opuszczam w kierunku wschodnim, udając się pociągiem Amtraka do Grand Rapids.


Komunikacja miejska w Chicago jest zorganizowana rewelacyjnie. Po każdej ważniejszej ulicy jeżdżą autobusy, do każdej dzielnicy dojedzie się kolejką. Na autobusy i kolejkę ma się jeden bilet – kartę, w moim przypadku trzydniową, która za 14 USD (49 PLN) daje możliwość nielimitowanego podróżowania po wszystkich trasach. Dodatkowo, autobusy mają przystanki na każdym rogu i wszystkie działają jako przystanki na żądanie, dzięki czemu komunikacja przebiega szybko, sprawnie i wygodnie.


Inna rzecz: ludzie są bardzo mili, wszędzie, wszyscy. Praktycznie nigdy nie zdarza się, żeby ktoś był opryskliwy, niezadowolony; każda rozmowa kończy się uśmiechem, życzeniami miłego dnia, miłego wieczoru albo po prostu „have a good one” („dobrego czegokolwiek”). Każde nieporozumienie jest rozwiązywane za pomocą śmiechu. Nawet komunikaty w kolejce miejskiej kończą się słowami „thank you for riding the CTA”. Kiedy spytać się kogoś o drogę, nie tylko powie i naprowadzi, ale i będzie usilnie pokazywał „tu proszę wysiąść!”, „tam jest pana stacja!”, „po drugiej stronie ulicy!”, co nie jest irytujące, ale raczej miłe. Jeśli rozmowa trwa dłużej niż minutę, następuje pytanie „skąd jesteś?”. Co ciekawe, gdy każę ludziom zgadywać, bez wahania wskazują na Polskę – widocznie są już przyzwyczajeni do specyficznego polskiego akcentu.


Generalnie w najprostszych usługach pracują czarni, sklepy i bary prowadzą biali. Żółci najwyraźniej trzymają się siebie – jedyne sklepy i usługi prowadzone przez żółtych widziałem w Chinatown w Filadelfii. Tym niemniej, przy zamiataniu ulic najczęściej pracują czarni, podobnie w ochronie czy jako kierowcy autobusów, za kasami w sklepach za to najczęściej widuje się białych lub latynosów. Co się tyczy latynosów, niektórzy z nich ledwo mówią po angielsku – dzięki czemu w czasie pobytu w Chicago bardzo przydała mi się znajomość hiszpańskiego.


Na przejściach dla pieszych nie ma zielonego światła, tylko białe. :P Czystość ulic jest bardzo zróżnicowana i mocno zależy od dzielnicy. W niektórych, jak np. Pilsen, jest straszny syf, ale już downtown a zwłaszcza Millenium Park są tak wymuskane, że aż błyszczą. Na ulicach jest MNÓSTWO samochodów, ale światła są dobrze poustawiane i z rzadka widuje się jakiekolwiek korki. Inna sprawa, że ciężko o korki, gdy całe miasto jest jak szachownica – każdą ulicę można ominąć inną, równoległą, np. od południa lub od północy.
Generalnie Chicago jest dość drogim miastem. Standardowy obiad, składający się z dania głównego oraz przystawki lub deseru i jakiegoś napoju, oznacza wydatek rzędu 10-20 USD (35-70 PLN). Jedzenie w fastfoodach jest dużo tańsze, ok. 4-10 USD za danie (14-30 PLN). W zależności od miejsca, piwo kosztuje od 2 do 6 USD (7-21 PLN). Napoje od 0,50 USD w sklepach do 4 USD w barach (1,75-14 PLN). W każdej knajpie, pubie, restauracji, wodę niegazowaną w każdej ilości dostanie się za darmo (z kranu), a kawa często bywa na zasadzie „wielkiej dolewki” – płacisz raz, a obsługa chodzi cały czas i dolewa Ci jak masz mało.


Gdybym mieszkał w Chicago utrzymanie mojej diety byłoby ogromnym wyzwaniem. Już teraz wiem, że przez ostatnie dni jadłem dużo takich rzeczy, których absolutnie nie powinienem jeść.  Być może przed przybieraniem na wadze uratuje mnie to, że jadłem generalnie mało (z soboty na niedzielę zdarzyło mi się przez 24 godziny nic nie zjeść, tak było koszmarnie gorąco). Moją nową miłością są za to „popsickles” – słodko-kwaśne lody wodne na patyku. Kupiłem 18 sztuk za 3,30 USD, co oznacza 64 grosze za sztukę. Doskonale orzeźwiają. :) Wracając jednak do mojej diety, w Stanach absolutnie nie ma możliwości zakupienia chleba żytniego razowego. Nawet w polskiej piekarni najbardziej „zdrowy” chleb był orkiszowy albo pszenno-żytni na zakwasie. Żyta nie znajet. Za to znajet sałatki, czyli pod tym względem są lepsi np. od Maltańczyków czy Czechów.


Jeśli kogoś interesuje, co zajadam na pokładzie pociągu – mam paczkę różnych orzechów i nasion o nazwie „Of the Earth” („Ziemskie”) firmy Superior. Chrupię nimi z cicha, a po diagonalnej łapczywie zerka na moją czynność dziewczyna tak gruba, że aż jej oczu nie widać. :P Co mnie jednak dość sążnie zdziwiło, mega grubych ludzi aż tak wielu nie ma. To znaczy, ogólnie rzecz biorąc „grubość” ludzi jest na wyższym poziomie niż u nas (ja, pomimo mojej budowy, byłbym tu raczej uważany za szczupłego), ale potworów za wielu nie widziałem. W niedzielę co prawda, gdy poszedłem do Subwaya na kanapkę, widziałem potwora 2m wysokiego i 2m szerokiego, ale to był wyjątek.


(co interesujące, potwór wziął to co ja – „footlong”, czyli kanapkę o długości stopy, za 7,77 USD/27 PLN. Różnica pomiędzy nami była  taka, że ja w przeciwieństwie do niego nie wiedziałem co robię, bowiem myślałem, że footlong to chwyt marketingowy, a nie NAPRAWDĘ kanapka długości stopy, a poza tym on kanapkę zagryzał jeszcze paczką czipsów i zapijał coca-colą...)


Jak można było się spodziewać, Amerykanie mają głęboko w dupie Euro 2012. Znalezienie baru pokazującego transmisję graniczy z cudem – najczęściej bary wolą pokazywać powtórki poprzednich meczów baseballowych, koszykarskich czy futbolu amerykańskiego. Jeśli już leci gdzieś Euro, to bez dźwięku. Dotąd tylko w Barbakanie, polskiej restauracji przy Belmont, udało mi się obejrzeć mecz z komentarzem. Barbakan to niewielka knajpka w samym centrum „polskiej dzielnicy”. Przez wielu uważana za najlepszą polską restaurację w mieście. Trudno się dziwić – wczorajsza wołowina w chrzanie była naprawdę znakomita, podobnie jak suróweczki i kompot.


Jeśli już mówimy o różnicach kulturowych. Często  spotkać się można z opinią, że Wrocław to wielokulturowe miasto, bo przez stulecia stykały się u nas trzy czy cztery różne kultury. To naprawdę niewiele. Otóż prawdziwym wielokulturowym tyglem jest Chicago. Tu funkcjonują naraz setki i tysiące różnych kultur, a nawet cywilizacji. Codziennie kilka umiera, ale powstają nowe, nie tylko jednostkowo, ale jako klastry już istniejących. Nikt nie płacze za tymi kulturami, które odchodzą, nikt też na siłę nie wspiera tych, które się pojawiają. W ramach miasta funkcjonują setki „neighbourhoods”, gdzie – jak w polskiej dzielnicy – większość napisów jest w obcym języku, a niektórzy sprzedawcy czy usługodawcy ledwo dukają po angielsku. Nie jest niczym dziwnym, że w barze nazywającym się „Italian Beef”, w którym zjadłem wczoraj kolację, połowa kucharzy to latynosi, druga połowa to Hindusi, sprzedawca jest czarny, mięso produkcji amerykańskiej, a przyprawy ewidentnie azjatyckie. W Filadelfii „świątynia” masońska funkcjonować może 10 metrów od kościoła metodystów i 100m od synagogi. Pomnik ku czci osadników irlandzkich jest tuż obok monumentu dotyczącego wojny koreańskiej i centrum kultury polsko-amerykańskiej.




Sporo jeszcze czeka mnie po powrocie do Chicago. Poza oczywistą koniecznością wybrania się do biblioteki Uniwersytetu Chicagowskiego, zamierzam wspiąć się na Willis Tower by podziwiać miasto u swoich stóp, do tego fajnie byłoby przepłynąć się wodną taksówką po rzece Chicago i zasmakować jakiegoś plenerowego koncertu lub może stand-upu (to jest tydzień festiwali!).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz