poniedziałek, 11 czerwca 2012

Najdłuższy dzień pod słońcem II

Po lądowaniu nie było już właściwie żadnej kontroli - szybko wyszedłem z terminalu i przeszedłem do sali odbioru bagaży. Oczywiście nie może być mowy o braku przygód w takiej sytuacji. Mój bagaż nie przyjechał na taśmie...


Rzecz jasna natychmiast zgłosiłem sprawę personelowi lotniska. Po wbiciu do systemu okazało się, że United Airlines nie mają w ogóle mojej walizki - nie jest w systemie. Z czego wniosek jasny: nie wyjechała z Filadelfii, ba - nie została nawet zeskanowana. A pamiętałem bardzo dobrze, jak to w Philly, po kontroli, kazano mi wrzucić walizkę z powrotem na taśmę i odjechała w dal. Nie miałem jednak czasu zastanawiać się, co się stało, bo musiałem lecieć na stację metra, spotkać się z moim gospodarzem - Paulem. Ten couchsurfer okazał się być niskim facetem po pięćdziesiątce, w okularach. Przywitał mnie w zasadzie już z kluczem od swojego mieszkania w ręce. Po krótkiej wymianie uprzejmości powiedziałem mu, że muszę lecieć z powrotem na lotnisko walczyć o mój bagaż, dałem mu prezent z Polski - ptasie mleczko - i pożegnałem się (szedł do pracy).


Po powrocie na lotnisko wyraźnie zaaferowana obsługa sprawdzała na setki sposobów, co mogło się stać z moim bagażem. Za chwilę miał wylądować następny samolot UA z Filadelfii, ale miał pewne opóźnienie - w związku z czym dostałem voucher na 10 USD do zrealizowania w którymś z punktów gastronomicznych na lotnisku. Oczywiście poszedłem do Starbucksa (mówię oczywiście, bo lansowanie się w starbuniu to stały żart) i dostałem kawę i ciastko. Po pełnej nerwów chwili wróciłem do taśmy bagażowej, na której oczywiście mojej walizki brakowało. Wszystko wyjaśniło się dopiero gdy ruszyłem dupsko specjalnie do siedziby US Airways - linii, które miały za zadanie przekazać walizkę United. Okazało się, że walizka owszem, przyleciała, ale wcześniejszym samolotem (jeszcze w piątek) i nie została przekazana partnerowi. Tak więc za 10 minut miałem już mój bagaż.


Ponad 40-minutowa podróż kolejką nadziemno-podziemną CTA zakończyła się przyjazdem na miejsce mojego trzydniowego pobytu, które okazało się mieszkaniem na pierwszym piętrze wolno stojącego, drewnianego domku prawie w samym centrum (trzy stacje od downtown). W mieszkaniu - ogromny rozgardiasz. Okazuje się, że Paul prowadzi coś na kształt hotelu dla couchsurferów, a ponieważ sam pracuje dość dużo i mieszka jeszcze z jednym gościem (Danem), nie ma czasu specjalnie posprzątać. Nie jest brudno, po prostu wszystkiego wszędzie NASTAWIANE. Tym, którzy zastanawiają się, czy to normalne, żeby dwóch facetów koło pięćdziesiątki mieszkało razem, wyjaśniam: nie wiem. Ale obaj są głęboko wierzący, w tym Dan jest profesorem teologii, a Paul organizatorem w parafii. Są co prawda protestantami, ale nie takimi, którzy dopuszczają wszelkie bezeceństwa. Więc wygląda na to, że po prostu mieszkają razem.


Po krótkim pobycie w mieszkaniu stwierdziłem, że chyba nie ma sensu spanie (była mniej więcej 11:00), więc puściłem się w miasto. Najpierw jednak obejrzałem mecz Niemcy-Portugalia w pubie, zajadając hamburger z byka (buffalo burger):

 Był on soczysty i wspaniały. Tak soczysty, że po przykryciu bułką od góry i ściśnięciu w celu ugryzienia, tłuszcz przeciskał się przez bułkę i spływał aż do łokcia... mmm. Sałatka była z dressingiem z "raspberry vinaigrette" - rewelacja.


Następnie poszedłem na "spacerek" - na nogach aż do wybrzeża. Po drodze patrzyłem, jak nad innymi budynkami dumnie pręży się dawny Sears, czyli obecnie Willis Tower:


Obserwowałem też różnice kulturowe, takie jak benzyna tańsza o 50% od naszej:


a tu już nie różnica kulturowa - było tak koszmarnie gorąco, że ludzie specjalnie wchodzili pod fontannę w Millenium Park, żeby się skąpać:

Sam też tego zaznałem, wąchając przy okazji marijuanę wydychaną przez mijanych po drodze Murzynów :))).

Wróciłem do mieszkania koło 20:00 i położyłem się spać ok. 21:30; innymi słowy -  ponad 48 godzin po tym, jak poprzednio leżałem w łóżku... tak też skończył się najdłuższy dzień pod słońcem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz