poniedziałek, 11 czerwca 2012

Już nie tak długie dni

Niedziela zaczęła się dla mnie od pójścia do kościoła.


Kościół św. Wojciecha został wybudowany przez Polaków, ale obecnie jest głównie używany przez Meksykanów. W ciągu tygodnia jest tylko jedna msza święta po polsku - o godz. 9:00. Kościół jest ogromny, ale z jakiegoś powodu wszyscy siedzą pośrodku i z tyłu, kilkadziesiąt metrów od ołtarza (choć na mszy było nie więcej niż 30 osób. Za kontuarem siedziała Joanna Krupa (zarówno pod względem wyglądu, jak i - przede wszystkim - akcentu). Sama msza natomiast była w intencji... pomordowanych w Smoleńsku. Po mszy poszedłem pogadać z księdzem i spytałem się go, dlaczego nie ofiar katastrofy, tylko pomordowanych. Zaczęła mu wtedy drgać dolna warga i dłonie, wyzwał mnie od "tych 80% Polaków co są tylko za Niemcami i Ruskimi" oraz polecił "poczytać sobie Nasz Dziennik i Gazetę Polską, żeby poznać prawdę". Także uroczo. Po mszy poszedłem oglądać mecz u Morgana. Kto powiedział, że nie można dostać żytniego hamburgera?


Po posiłku i meczu (Irlandia-Chorwacja 1:3) przyszedł czas na kolejną wycieczkę po centrum miasta. Tu widać, jak uliczni grajkowie występują na stacji metra:


Trump International Hotel and Tower (423 m):


Navy Pier (Molo Marynarki). Jedna to było za mało:


Dziś natomiast spędzałem przedpołudnie w polskiej dzielnicy. Tu, w restauracji Barbakan, obejrzałem mecz Anglia-Francja i zjadłem fantastyczny lunch - wołowinę w sosie chrzanowym:

 Popołudnie natomiast spędziłem na Uniwersytecie Chicagowskim. Dzięki uprzejmości pani zajmującej się przyjęciami studentów, dowiedziałem się wiele na temat możliwości bycia przyjętym na program doktorski i otrzymania stypendium. Studia kosztują bowiem 45 tysięcy USD rocznie (!), zatem nie ma szans na to, żeby w najbliższym czasie było mnie stać na ich opłacenie bez otrzymania sążnej pomocy. Zwłaszcza, że obowiązuje zakaz pracy poza studiowaniem. Po kampusie śmigają w tę i nazad takie oto zwierzątka:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz