Pierwsza część podróży to była konieczność dostania się do Monachium, z którego następnie US Airways miały zabrać mnie do Filadelfii. Na nowym terminalu lotniska we Wrocławiu oczekiwała na mnie niespodzianka. To jedyne połączenie w całym moim bilecie, obsługiwane przez PLL LOT, okazało się najbardziej kłopotliwym. Usterka techniczna (o której naturze nas nie poinformowano) uziemiła ATR, który miał nas przetransportować do Rzeszy. Tak więc o godzinie 6:30, zamiast meldować się powoli na pokładzie maszyny, siedziałem w sali odlotów patrząc bezmyślnie na mechanika grzebiącego coś przy samolocie.
Nie mając wiele do stracenia (w Monachium i tak miałem długo czekać), zdążyłem nie tylko spokojnie zmówić różaniec, ale i wypić w lotniskowym barze lotniskowego drinka z lotniskową wódką. Na szczęście polska myśl techniczna po raz kolejny pokazała wyższość nad włosko-francuską i z 45-minutowym opóźnieniem samolot wystartował. Rzecz jasna, jak to zwykle bywa na krótkich lotach, obsługa ledwo zdążyła się uporać z rozdawaniem śniadania i napojów oraz zbieraniem śmieci, i już musiała przypinać się do ścian i przygotowywać do lądowania. Samolot spokojnie osiadł w Bawarii, a polskie stewardostwo (które zdążyło mnie pomiędzy śniadaniem a napojem namówić na wypełnienie formularza "Miles and More") pięknie po polsku pożegnało się z międzynarodową ferajną.
Boeing 737-300 amerykańskich linii lotniczych US Airways na szczęście usterek nam oszczędził. Wielki turbopotwór godnie wzniósł się w niebo i poszybował nad Beneluks, Wielką Brytanię, Irlandię, by omijając lekkim łukiem Islandię i Grenlandię, wzdłuż wybrzeży Kanady i USA dotrzeć do Filadelfii w stanie Pensylwania. Niestety, pomimo chwytliwej nazwy, te linie lotnicze są co najwyżej przeciętne, co jest dużym rozczarowaniem. Obsługa, choć miła, nie była dość kompetentna, a przez większość przelotu zajmowała się proponowaniem dodatkowych towarów i usług. Napoje alkoholowe wszystkie płatne (a ja polaczek już od tygodni szykowałem się na ćwiczenie gardzieli), flight entertainment płatny (!), koc oczywiście za krótki (pokrywa albo same stopy albo samą szyję), poduszki z waty szklanej krytej blachą falistą. Na szczęście samolot nie był w całości zapełniony (o dziwo), więc mogłem rozłożyć się jak król (jeśli królewska poza to skręcenie się w sardynkę na półtora siedzenia), póki w połowie nie przyszła pewna Amerykanka z najtępszym wyrazem twarzy, która poprosiła o zajęcie miejsca obok mnie, bo "u niej nie dziaa lampka" (wyrok zapadł na lotnisku), żeby do końca czytać z otwartymi wąsatymi ustami odkrywcze informacje z turystycznego albumu o obozie w Dachau (np. "Luxemburgish inmates").
Samo lądowanie było też "ciekawe". Schodzenie do niego odbywało się na zasadzie: nic, nic, nic, nagle kilkadziesiąt metrów od razu. Nic, nic, nic, nic, nic, nagle kilkadziesiąt metrów. Parę osób było na granicy rzygnięcia, ktoś się nawet zapaskudził. Potworolot wylądował z ponurym sapnięciem, odbiwszy się jeszcze parę razy od powierzchni pasa jak piłka do koszykówki.
Wylądowaliśmy w Filadelfii o 14:50 czasu wschodniego, czyli 20:50 w Polsce. Jak łatwo się domyślić, było już dawno po meczu otwarcia Euro. Filadelfia powitała nas upałem, prześwitującym przez niehermetyczny rękaw przejściowy do sali przylotów. Rozmowa z celnikiem, a także sprawdzenie rentgenem ("proszę zdjąć buty, rentgen nie ma czujnika smrodu"), przebiegły zaskakująco szybko i polecono mi natychmiast odebrany przed chwilą bagaż nadany oddać na taśmę, a następnie przejść do ochrony. Kiedy przyszła moja kolej, oczywiście okazało się, że nie mam "boarding pass" - a skąd mogę mieć, skoro jest 15:30, a mój lot o 6:00 dnia następnego? Wróciłem do sali United Airlines, z którymi miałem lecieć do Chicago, a oni mówią, że nie dadzą mi boarding pass, bo lecę jutro. Na to ochroniarka, że muszą mi coś dać, bo nie przejdę. A oni, że nie dadzą, bo to jutro. No to ochroniarka mówi: idź pan w miasto. No i poszedłem.
A dokładniej mówiąc - pojechałem metrem. W metrze oczywiście 99% pasażerów to czarni. Po wyjściu z metra, na ulicach, 80% ludzi to czarni. 100% pracowników jakichkolwiek usług i sprzedaży to czarni. Nawet sekciarstwo czarne przypuściło na mnie bezprecedensowy atak:
Dalej czekała na mnie m.in. "świątynia" masońska (co oni tam czczą?)
Chinatown...
...taka tam ścieżynka...
W porcie zacumował sobie niszczyciel (po lewej)...
... a na kolację zjadłem chalupę (nie, nie chałupę - "chalupa", czyt. czalupa, to pseudomeksykańskie jedzenie podawane w Stanach - tortilla kukurydziana z kapustą pekińską i guacamole):
Im robiło się później, tym na ulicach było więcej Murzynów. Po zapadnięciu zmroku, wychynęli skądś kloszardzi, narkomani, żebracy... cyknąłem jeszcze tylko zdjęcie polskiego śladu i uciekłem na lotnisko.
Ponieważ na lotnisku byłem ok. 21:30, a lot dopiero był o 6:00, musiałem czekać jeszcze mnóstwo czasu. Przerywany, męczący sen w chłodnej sali lotniska, nudy, słuchanie mp4, czytanie książki, gazety, snucie się bez sensu... nigdy więcej bez hotelu w takiej sytuacji.
Po dwóch godzinach, w Chicago byłem ok. 6:55 czasu centralnego. A to była dopiero pierwsza część najdłuższego dnia pod słońcem... reszta - jutro!
sobota, 9 czerwca 2012
Najdłuższy dzień pod słońcem cz. I
Etykiety:
ATR-70,
Bayern,
black communities,
chalupa,
Chicago,
Kościuszko,
lot,
Miles and More,
Munchen,
Philadelphia,
Philly,
United Airlines,
US Airways
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz