Wszystkich fanów mojego niebywałego talentu pisarskiego
przepraszam za tak długą różnicę pomiędzy poprzednią notką a obecną. Kiedy
przeczytacie jednak wytłumaczenie, wszystko nagle stanie się jasne i
przejrzyste.
We wtorek 12.06, jak to już było w poprzednim wpisie,
wstałem rano i pojechałem do Grand Rapids. Pierwszą część podróży odbywałem
pociągiem pod nazwą Wolverine, który kursuje pomiędzy Chicago a wschodnim
wybrzeżem. Z jakiegoś powodu akurat tego dnia rano pociąg nie jechał przez
Grand Rapids, które to miasto usytuowane jest w środkowo-zachodniej części
Michigan, lecz najbliżej zatrzymywał się w Kalamazoo, ok. 100 km na południe od
mojego miasta docelowego. Ponieważ godzina przyjazdu do Kalamazoo to 11:00,
pomyślałem sobie (dziecko PRLu), że będzie na pewno mnóstwo autobusów z jednego
miasta do drugiego. Oczywiście, byłem w dużym błędzie. Amerykanie wolą raczej
podróżować swoim własnym samochodem (szlachta jak się bawi na koszta nie patrzy
;), więc dwa połączenia: poranne i popołudniowe, pomiędzy dość dużymi miastami
usytuowanymi blisko siebie, są wystarczające (dla latynosów, czarnych i
najbiedniejszych białych). Tak więc musiałem dość dużo czasu spędzić w
Kalamazoo (autobus Greyhounda był o 15:15), dzięki czemu uzyskałem możliwość
obejrzenia w telewizji meczu Grecja-Czechy, na który rzecz jasna miałem bilet i
musiałem go z boleścią sprzedać.
Już w pociągu czekała mnie niespodzianka – spotkałem dwoje
uczestników Actona – Petera i Mary Jane. Tak więc miałem ciekawe i zajmujące
towarzystwo przez całą drogę autobusem z Kalamazoo do Grand Rapids, przez co
nawet nie zdołałem się za mocno porozglądać po okolicach, które mijaliśmy.
Od momentu przyjazdu do miasta docelowego, koło 16:30, przez
następne cztery dni nie czekało mnie dużo wolnego czasu. Co nie znaczy, że
jestem niezadowolony, wręcz przeciwnie – wypełnienie czasu różnorodnymi
spotkaniami, wykładami i prywatnymi rozmowami było dokładnie tym, czego
wymagałem od konferencji. Acton University to konferencja, której celem jest
nauczanie i prokurowanie dyskusji na temat podstaw ekonomii wolnorynkowej oraz
moralnych podstaw przedsiębiorczości. Uczestnicy to szerokie spektrum osób – od
amerykańskich profesorów/doktorów, przedsiębiorców, doktorantów, studentów czy
aktywistów po księży katolickich, działaczy organizacji pozarządowych lub partii
politycznych. Prócz tego, pomimo ewidentnie katolickiego nastawienia
konferencji, uczestnicy prezentują sobą również wszystkie kolory tęczy jeśli
chodzi o wiarę oraz narodowość. Spotkałem ateusza, muzułmanina, ewangelików,
episkopalian, luteranów; księży, pastorów, popów. Ghańczyka, Ugandyjczyka,
Litwinkę, Słowaków, a przede wszystkim: mnóstwo Polaków i Latynosów. Poza
Amerykanami bowiem właśnie te dwie grupy były zdecydowanie największe – i co
ciekawe, zdecydowanie trzymające się razem.
Każdy dzień wyglądał podobnie, ale i każdy był bardzo ciekawy
(i w zasadzie, z dnia na każdy następny – ciekawszy). Jeśli ktoś chciał, mógł o
7:15 uczestniczyć we mszy trydenckiej, lub o 7:30 w posoborowej (ja byłem na
mszy raz, w piątek, zamówiwszy intencję za duszę dziadka Zdzicha). O 8:00
zaczynało się śniadanie (słodkie bułki i jajka na twardo – ciekawe połączenie,
nie?), a o 9:00 wykłady. Każdego dnia były cztery wykłady, dwa rano i dwa po
południu, przedzielone lunchem. Oczywiście, przerwy pomiędzy wykładami były
również szczelnie wypełnione wciągającymi konwersacjami z ludźmi z całego
świata. Wieczorem natomiast, po obiedzie (codziennie przed obiadem kto inny
prowadził modlitwę, ekumeniczną co prawda, ale zawsze bardzo stonowaną i mądrą)
był program sceniczny – albo przemówienie autora jakiejś książki, albo księdza,
albo pokaz filmu. Wieczorem natomiast nadchodziła pora na „hospitality” – wino
lub piwo popijane w lobby lub na balkonie, a następnie wspólne wyjście do baru
(najczęściej latynosko-polskie lub mieszane,
latynosko-polsko-katarsko-słowacko-...).
Wykłady, w których brałem udział, były następujące:
- Antropologia chrześcijańska
- Chrześcijańska wizja państwa
- Ekonomiczny sposób myślenia
- Biblijne podstawy wolności
- Prawosławie, Kościół i państwo
- Wolność a liberalizm
- Etyka kapitału i odsetek
- Europejski rynek socjalny
- Wpływ dzietności na globalną gospodarkę
- Neopopulizm w Ameryce Łacińskiej
- Deficyt i dług
Napiszę parę słów o kilku z nich.
Pierwsze cztery wykłady były „formacyjne”, mające stanowić
niejako wstęp do całości konferencji. Poziom był z mojego punktu widzenia co
najmniej nie wystarczający, nie dowiedziałem sie za wiele; choć prowadzący byli
znakomici (choćby dr Samuel Gregg), to starali się sprostać zróżnicowanemu
przygotowaniu uczestników i obniżyli poziom swoich przemówień. Podobnież poziom
pytań z publiczności był dość niski.
Pierwszy z wykładów środowych natomiast okazał się być
znakomity. Prowadził go prawosławny ksiądz z Teksasu, opowiadając o historii
ortodoksów, ich stosunku do państwa, do idei hierarchii i autorytetu cara, oraz
o przeszłych i współczesnych problemach na styku rządu i kościoła wschodniego.
Debata, która nastąpiła po wykładzie, również była inspirująca.
Inny wspaniały wykład to ten o neopopulizmie w Ameryce Łacińskiej.
Prowadzony przez panią profesor z Argentyny, zgromadził całe rzesze osób z
prawie wszystkich krajów Ameryki Południowej oraz zaledwie kilka osób spoza
tego regionu. Również sprokurował on długi, ciekawy i pełen śmiechu dyskurs,
przede wszystkim na temat Wenezueli. Po tej debacie Boanerges z Ekwadoru
przyznał mi tytuł latynosa honoris causa :))). Śmieliśmy się wspólnie również z
Cesarem z Panamy, który wygląda jak młodszy brat Baracka Obamy (skomentowałem,
że w przeciwieństwie do „czerwonego” prezydenta, on jest „biały”, co również
wzbudziło salwy śmiechu, bo kolega jest oczywiście ciemnoskóry).
Tuż po latynoskim wykładzie nastąpił ostatni, doktora
Gregga, który był co najmniej równie fenomenalny. Opowiadał on o naturze
deficytu i długu oraz problemach w utrzymywaniu obecnej sytuacji z wydatkami
publicznymi i systemem ubezpieczeń społecznych, przede wszystkim w tzw. Europie
Zachodniej. Sporo śmiechu wzbudziło zauważenie przez nas wspólnie z Tomkiem
Tokarskim, że po polsku „udawać Greka” znaczy okłamywać samego siebie i
wszystkich naokoło – czyli że grecki rząd w ostatnich latach bardzo często
„udawał Greka”.
Najważniejszą jakością całej konferencji Acton University,
moim zdaniem, jest tzw. „networking”. Do Stanów wziąłem ze sobą ok. 30
wizytówek, myśląc, że to będzie o wiele za wiele. Jak się jednak okazało, po 4
dniach zasoby się skończyły i niektórym musiałem po prostu napisać moje imię i
nazwisko oraz adres e-mail na zwykłej kartce. Sam za to uzyskałem również niesamowicie wiele kontaktów.
Jeśli mowa o networkingu, to najistotniejszym moim zyskiem z
Actona mogą okazać się kontakty naukowe. Profesor Alejandro Chafuen na
przykład, nie tylko wysłał mi zaproszenie na pejsbuku, ale w dodatku sam
znalazł mnie w centrum konferencyjnym, i słysząc o moich planach w zakresie
wyjazdu do Wenezueli, zadeklarował pomoc! Mam więc za zadanie w najbliższym
czasie napisać e-mail z pełnym opisem moich planów do jego asystentki, Anaïs.
Dodatkowo, po kilku debatach lub dyskusjach w czasie
wykładów otrzymywałem gratulacje od osób z całego świata. Od kilku z nich
otrzymałem wizytówki i propozycje lub sugestie, jak na przykład sugestię
skontaktowania się z pewną instytucją naukową w celu wyjazdu w charakterze
nauczyciela na ekonomiczny „summer camp”, na którym można zarobić 5200-5500 USD
+ zwrot wszelkich kosztów!
Niewątpliwie nawiązałem wiele ciekawych znajomości. By
wymienić kilka: współlokator Tomek ze Słowacji, Abdullah z Kataru, Oliver z
Kalifornii, Peter i Mary Jane z Minnesoty, Matías z Urugwaju, Janusz ze Śląska,
Kaetana z Litwy, Jaime z Argentyny, ojciec Caesar z Ugandy, Ana Rocio z
Gwatemali, Cesar z Panamy, Boanerges z Ekwadoru czy Saba z Włoch.
Teraz natomiast dojechałem z powrotem do Chicago i mieszkam u Justina, który jest pielęgniarzem w pogotowiu ratunkowym. Cały pokryty tatuażami, ale zdumiewająco inteligentny i sympatyczny. Mieszka w dzielnicy portorykańskiej, na północny zachód od centrum miasta.
Spróbuję napisać coś później, choćby o mszy w kościele Św. Trójcy, z której przed chwilą wyszedłem, ale nie wiem jak będzie - Justin nie ma wifi w domu! Jeśli znajdę trochę czasu na przygotowanie następnej notki, jeszcze dziś ją opublikuję. Pozdro!