niedziela, 17 czerwca 2012

Acton - podsumowanie


Wszystkich fanów mojego niebywałego talentu pisarskiego przepraszam za tak długą różnicę pomiędzy poprzednią notką a obecną. Kiedy przeczytacie jednak wytłumaczenie, wszystko nagle stanie się jasne i przejrzyste.

We wtorek 12.06, jak to już było w poprzednim wpisie, wstałem rano i pojechałem do Grand Rapids. Pierwszą część podróży odbywałem pociągiem pod nazwą Wolverine, który kursuje pomiędzy Chicago a wschodnim wybrzeżem. Z jakiegoś powodu akurat tego dnia rano pociąg nie jechał przez Grand Rapids, które to miasto usytuowane jest w środkowo-zachodniej części Michigan, lecz najbliżej zatrzymywał się w Kalamazoo, ok. 100 km na południe od mojego miasta docelowego. Ponieważ godzina przyjazdu do Kalamazoo to 11:00, pomyślałem sobie (dziecko PRLu), że będzie na pewno mnóstwo autobusów z jednego miasta do drugiego. Oczywiście, byłem w dużym błędzie. Amerykanie wolą raczej podróżować swoim własnym samochodem (szlachta jak się bawi na koszta nie patrzy ;), więc dwa połączenia: poranne i popołudniowe, pomiędzy dość dużymi miastami usytuowanymi blisko siebie, są wystarczające (dla latynosów, czarnych i najbiedniejszych białych). Tak więc musiałem dość dużo czasu spędzić w Kalamazoo (autobus Greyhounda był o 15:15), dzięki czemu uzyskałem możliwość obejrzenia w telewizji meczu Grecja-Czechy, na który rzecz jasna miałem bilet i musiałem go z boleścią sprzedać.

Już w pociągu czekała mnie niespodzianka – spotkałem dwoje uczestników Actona – Petera i Mary Jane. Tak więc miałem ciekawe i zajmujące towarzystwo przez całą drogę autobusem z Kalamazoo do Grand Rapids, przez co nawet nie zdołałem się za mocno porozglądać po okolicach, które mijaliśmy.

Od momentu przyjazdu do miasta docelowego, koło 16:30, przez następne cztery dni nie czekało mnie dużo wolnego czasu. Co nie znaczy, że jestem niezadowolony, wręcz przeciwnie – wypełnienie czasu różnorodnymi spotkaniami, wykładami i prywatnymi rozmowami było dokładnie tym, czego wymagałem od konferencji. Acton University to konferencja, której celem jest nauczanie i prokurowanie dyskusji na temat podstaw ekonomii wolnorynkowej oraz moralnych podstaw przedsiębiorczości. Uczestnicy to szerokie spektrum osób – od amerykańskich profesorów/doktorów, przedsiębiorców, doktorantów, studentów czy aktywistów po księży katolickich, działaczy organizacji pozarządowych lub partii politycznych. Prócz tego, pomimo ewidentnie katolickiego nastawienia konferencji, uczestnicy prezentują sobą również wszystkie kolory tęczy jeśli chodzi o wiarę oraz narodowość. Spotkałem ateusza, muzułmanina, ewangelików, episkopalian, luteranów; księży, pastorów, popów. Ghańczyka, Ugandyjczyka, Litwinkę, Słowaków, a przede wszystkim: mnóstwo Polaków i Latynosów. Poza Amerykanami bowiem właśnie te dwie grupy były zdecydowanie największe – i co ciekawe, zdecydowanie trzymające się razem.

Każdy dzień wyglądał podobnie, ale i każdy był bardzo ciekawy (i w zasadzie, z dnia na każdy następny – ciekawszy). Jeśli ktoś chciał, mógł o 7:15 uczestniczyć we mszy trydenckiej, lub o 7:30 w posoborowej (ja byłem na mszy raz, w piątek, zamówiwszy intencję za duszę dziadka Zdzicha). O 8:00 zaczynało się śniadanie (słodkie bułki i jajka na twardo – ciekawe połączenie, nie?), a o 9:00 wykłady. Każdego dnia były cztery wykłady, dwa rano i dwa po południu, przedzielone lunchem. Oczywiście, przerwy pomiędzy wykładami były również szczelnie wypełnione wciągającymi konwersacjami z ludźmi z całego świata. Wieczorem natomiast, po obiedzie (codziennie przed obiadem kto inny prowadził modlitwę, ekumeniczną co prawda, ale zawsze bardzo stonowaną i mądrą) był program sceniczny – albo przemówienie autora jakiejś książki, albo księdza, albo pokaz filmu. Wieczorem natomiast nadchodziła pora na „hospitality” – wino lub piwo popijane w lobby lub na balkonie, a następnie wspólne wyjście do baru (najczęściej latynosko-polskie lub mieszane, latynosko-polsko-katarsko-słowacko-...).

Wykłady, w których brałem udział, były następujące:
- Antropologia chrześcijańska
- Chrześcijańska wizja państwa
- Ekonomiczny sposób myślenia
- Biblijne podstawy wolności
- Prawosławie, Kościół i państwo
- Wolność a liberalizm
- Etyka kapitału i odsetek
- Europejski rynek socjalny
- Wpływ dzietności na globalną gospodarkę
- Neopopulizm w Ameryce Łacińskiej
- Deficyt i dług
Napiszę parę słów o kilku z nich.

Pierwsze cztery wykłady były „formacyjne”, mające stanowić niejako wstęp do całości konferencji. Poziom był z mojego punktu widzenia co najmniej nie wystarczający, nie dowiedziałem sie za wiele; choć prowadzący byli znakomici (choćby dr Samuel Gregg), to starali się sprostać zróżnicowanemu przygotowaniu uczestników i obniżyli poziom swoich przemówień. Podobnież poziom pytań z publiczności był dość niski.

Pierwszy z wykładów środowych natomiast okazał się być znakomity. Prowadził go prawosławny ksiądz z Teksasu, opowiadając o historii ortodoksów, ich stosunku do państwa, do idei hierarchii i autorytetu cara, oraz o przeszłych i współczesnych problemach na styku rządu i kościoła wschodniego. Debata, która nastąpiła po wykładzie, również była inspirująca.

Inny wspaniały wykład to ten o neopopulizmie w Ameryce Łacińskiej. Prowadzony przez panią profesor z Argentyny, zgromadził całe rzesze osób z prawie wszystkich krajów Ameryki Południowej oraz zaledwie kilka osób spoza tego regionu. Również sprokurował on długi, ciekawy i pełen śmiechu dyskurs, przede wszystkim na temat Wenezueli. Po tej debacie Boanerges z Ekwadoru przyznał mi tytuł latynosa honoris causa :))). Śmieliśmy się wspólnie również z Cesarem z Panamy, który wygląda jak młodszy brat Baracka Obamy (skomentowałem, że w przeciwieństwie do „czerwonego” prezydenta, on jest „biały”, co również wzbudziło salwy śmiechu, bo kolega jest oczywiście ciemnoskóry).

Tuż po latynoskim wykładzie nastąpił ostatni, doktora Gregga, który był co najmniej równie fenomenalny. Opowiadał on o naturze deficytu i długu oraz problemach w utrzymywaniu obecnej sytuacji z wydatkami publicznymi i systemem ubezpieczeń społecznych, przede wszystkim w tzw. Europie Zachodniej. Sporo śmiechu wzbudziło zauważenie przez nas wspólnie z Tomkiem Tokarskim, że po polsku „udawać Greka” znaczy okłamywać samego siebie i wszystkich naokoło – czyli że grecki rząd w ostatnich latach bardzo często „udawał Greka”.

Najważniejszą jakością całej konferencji Acton University, moim zdaniem, jest tzw. „networking”. Do Stanów wziąłem ze sobą ok. 30 wizytówek, myśląc, że to będzie o wiele za wiele. Jak się jednak okazało, po 4 dniach zasoby się skończyły i niektórym musiałem po prostu napisać moje imię i nazwisko oraz adres e-mail na zwykłej kartce. Sam za to uzyskałem również niesamowicie wiele kontaktów.

Jeśli mowa o networkingu, to najistotniejszym moim zyskiem z Actona mogą okazać się kontakty naukowe. Profesor Alejandro Chafuen na przykład, nie tylko wysłał mi zaproszenie na pejsbuku, ale w dodatku sam znalazł mnie w centrum konferencyjnym, i słysząc o moich planach w zakresie wyjazdu do Wenezueli, zadeklarował pomoc! Mam więc za zadanie w najbliższym czasie napisać e-mail z pełnym opisem moich planów do jego asystentki, Anaïs.

Dodatkowo, po kilku debatach lub dyskusjach w czasie wykładów otrzymywałem gratulacje od osób z całego świata. Od kilku z nich otrzymałem wizytówki i propozycje lub sugestie, jak na przykład sugestię skontaktowania się z pewną instytucją naukową w celu wyjazdu w charakterze nauczyciela na ekonomiczny „summer camp”, na którym można zarobić 5200-5500 USD + zwrot wszelkich kosztów!

Niewątpliwie nawiązałem wiele ciekawych znajomości. By wymienić kilka: współlokator Tomek ze Słowacji, Abdullah z Kataru, Oliver z Kalifornii, Peter i Mary Jane z Minnesoty, Matías z Urugwaju, Janusz ze Śląska, Kaetana z Litwy, Jaime z Argentyny, ojciec Caesar z Ugandy, Ana Rocio z Gwatemali, Cesar z Panamy, Boanerges z Ekwadoru czy Saba z Włoch.

Teraz natomiast dojechałem z powrotem do Chicago i mieszkam u Justina, który jest pielęgniarzem w pogotowiu ratunkowym. Cały pokryty tatuażami, ale zdumiewająco inteligentny i sympatyczny. Mieszka w dzielnicy portorykańskiej, na północny zachód od centrum miasta.

Spróbuję napisać coś później, choćby o mszy w kościele Św. Trójcy, z której przed chwilą wyszedłem, ale nie wiem jak będzie - Justin nie ma wifi w domu! Jeśli znajdę trochę czasu na przygotowanie następnej notki, jeszcze dziś ją opublikuję. Pozdro!

wtorek, 12 czerwca 2012

Pierwsze obserwacje


Mając dłuższą chwilę wolnego czasu w pociągu, postanowiłem wykorzystać ją na zapisanie kilku moich chaotycznych, generalnych obserwacji na temat USA, a w szczególności Chicago, które właśnie opuszczam w kierunku wschodnim, udając się pociągiem Amtraka do Grand Rapids.


Komunikacja miejska w Chicago jest zorganizowana rewelacyjnie. Po każdej ważniejszej ulicy jeżdżą autobusy, do każdej dzielnicy dojedzie się kolejką. Na autobusy i kolejkę ma się jeden bilet – kartę, w moim przypadku trzydniową, która za 14 USD (49 PLN) daje możliwość nielimitowanego podróżowania po wszystkich trasach. Dodatkowo, autobusy mają przystanki na każdym rogu i wszystkie działają jako przystanki na żądanie, dzięki czemu komunikacja przebiega szybko, sprawnie i wygodnie.


Inna rzecz: ludzie są bardzo mili, wszędzie, wszyscy. Praktycznie nigdy nie zdarza się, żeby ktoś był opryskliwy, niezadowolony; każda rozmowa kończy się uśmiechem, życzeniami miłego dnia, miłego wieczoru albo po prostu „have a good one” („dobrego czegokolwiek”). Każde nieporozumienie jest rozwiązywane za pomocą śmiechu. Nawet komunikaty w kolejce miejskiej kończą się słowami „thank you for riding the CTA”. Kiedy spytać się kogoś o drogę, nie tylko powie i naprowadzi, ale i będzie usilnie pokazywał „tu proszę wysiąść!”, „tam jest pana stacja!”, „po drugiej stronie ulicy!”, co nie jest irytujące, ale raczej miłe. Jeśli rozmowa trwa dłużej niż minutę, następuje pytanie „skąd jesteś?”. Co ciekawe, gdy każę ludziom zgadywać, bez wahania wskazują na Polskę – widocznie są już przyzwyczajeni do specyficznego polskiego akcentu.


Generalnie w najprostszych usługach pracują czarni, sklepy i bary prowadzą biali. Żółci najwyraźniej trzymają się siebie – jedyne sklepy i usługi prowadzone przez żółtych widziałem w Chinatown w Filadelfii. Tym niemniej, przy zamiataniu ulic najczęściej pracują czarni, podobnie w ochronie czy jako kierowcy autobusów, za kasami w sklepach za to najczęściej widuje się białych lub latynosów. Co się tyczy latynosów, niektórzy z nich ledwo mówią po angielsku – dzięki czemu w czasie pobytu w Chicago bardzo przydała mi się znajomość hiszpańskiego.


Na przejściach dla pieszych nie ma zielonego światła, tylko białe. :P Czystość ulic jest bardzo zróżnicowana i mocno zależy od dzielnicy. W niektórych, jak np. Pilsen, jest straszny syf, ale już downtown a zwłaszcza Millenium Park są tak wymuskane, że aż błyszczą. Na ulicach jest MNÓSTWO samochodów, ale światła są dobrze poustawiane i z rzadka widuje się jakiekolwiek korki. Inna sprawa, że ciężko o korki, gdy całe miasto jest jak szachownica – każdą ulicę można ominąć inną, równoległą, np. od południa lub od północy.
Generalnie Chicago jest dość drogim miastem. Standardowy obiad, składający się z dania głównego oraz przystawki lub deseru i jakiegoś napoju, oznacza wydatek rzędu 10-20 USD (35-70 PLN). Jedzenie w fastfoodach jest dużo tańsze, ok. 4-10 USD za danie (14-30 PLN). W zależności od miejsca, piwo kosztuje od 2 do 6 USD (7-21 PLN). Napoje od 0,50 USD w sklepach do 4 USD w barach (1,75-14 PLN). W każdej knajpie, pubie, restauracji, wodę niegazowaną w każdej ilości dostanie się za darmo (z kranu), a kawa często bywa na zasadzie „wielkiej dolewki” – płacisz raz, a obsługa chodzi cały czas i dolewa Ci jak masz mało.


Gdybym mieszkał w Chicago utrzymanie mojej diety byłoby ogromnym wyzwaniem. Już teraz wiem, że przez ostatnie dni jadłem dużo takich rzeczy, których absolutnie nie powinienem jeść.  Być może przed przybieraniem na wadze uratuje mnie to, że jadłem generalnie mało (z soboty na niedzielę zdarzyło mi się przez 24 godziny nic nie zjeść, tak było koszmarnie gorąco). Moją nową miłością są za to „popsickles” – słodko-kwaśne lody wodne na patyku. Kupiłem 18 sztuk za 3,30 USD, co oznacza 64 grosze za sztukę. Doskonale orzeźwiają. :) Wracając jednak do mojej diety, w Stanach absolutnie nie ma możliwości zakupienia chleba żytniego razowego. Nawet w polskiej piekarni najbardziej „zdrowy” chleb był orkiszowy albo pszenno-żytni na zakwasie. Żyta nie znajet. Za to znajet sałatki, czyli pod tym względem są lepsi np. od Maltańczyków czy Czechów.


Jeśli kogoś interesuje, co zajadam na pokładzie pociągu – mam paczkę różnych orzechów i nasion o nazwie „Of the Earth” („Ziemskie”) firmy Superior. Chrupię nimi z cicha, a po diagonalnej łapczywie zerka na moją czynność dziewczyna tak gruba, że aż jej oczu nie widać. :P Co mnie jednak dość sążnie zdziwiło, mega grubych ludzi aż tak wielu nie ma. To znaczy, ogólnie rzecz biorąc „grubość” ludzi jest na wyższym poziomie niż u nas (ja, pomimo mojej budowy, byłbym tu raczej uważany za szczupłego), ale potworów za wielu nie widziałem. W niedzielę co prawda, gdy poszedłem do Subwaya na kanapkę, widziałem potwora 2m wysokiego i 2m szerokiego, ale to był wyjątek.


(co interesujące, potwór wziął to co ja – „footlong”, czyli kanapkę o długości stopy, za 7,77 USD/27 PLN. Różnica pomiędzy nami była  taka, że ja w przeciwieństwie do niego nie wiedziałem co robię, bowiem myślałem, że footlong to chwyt marketingowy, a nie NAPRAWDĘ kanapka długości stopy, a poza tym on kanapkę zagryzał jeszcze paczką czipsów i zapijał coca-colą...)


Jak można było się spodziewać, Amerykanie mają głęboko w dupie Euro 2012. Znalezienie baru pokazującego transmisję graniczy z cudem – najczęściej bary wolą pokazywać powtórki poprzednich meczów baseballowych, koszykarskich czy futbolu amerykańskiego. Jeśli już leci gdzieś Euro, to bez dźwięku. Dotąd tylko w Barbakanie, polskiej restauracji przy Belmont, udało mi się obejrzeć mecz z komentarzem. Barbakan to niewielka knajpka w samym centrum „polskiej dzielnicy”. Przez wielu uważana za najlepszą polską restaurację w mieście. Trudno się dziwić – wczorajsza wołowina w chrzanie była naprawdę znakomita, podobnie jak suróweczki i kompot.


Jeśli już mówimy o różnicach kulturowych. Często  spotkać się można z opinią, że Wrocław to wielokulturowe miasto, bo przez stulecia stykały się u nas trzy czy cztery różne kultury. To naprawdę niewiele. Otóż prawdziwym wielokulturowym tyglem jest Chicago. Tu funkcjonują naraz setki i tysiące różnych kultur, a nawet cywilizacji. Codziennie kilka umiera, ale powstają nowe, nie tylko jednostkowo, ale jako klastry już istniejących. Nikt nie płacze za tymi kulturami, które odchodzą, nikt też na siłę nie wspiera tych, które się pojawiają. W ramach miasta funkcjonują setki „neighbourhoods”, gdzie – jak w polskiej dzielnicy – większość napisów jest w obcym języku, a niektórzy sprzedawcy czy usługodawcy ledwo dukają po angielsku. Nie jest niczym dziwnym, że w barze nazywającym się „Italian Beef”, w którym zjadłem wczoraj kolację, połowa kucharzy to latynosi, druga połowa to Hindusi, sprzedawca jest czarny, mięso produkcji amerykańskiej, a przyprawy ewidentnie azjatyckie. W Filadelfii „świątynia” masońska funkcjonować może 10 metrów od kościoła metodystów i 100m od synagogi. Pomnik ku czci osadników irlandzkich jest tuż obok monumentu dotyczącego wojny koreańskiej i centrum kultury polsko-amerykańskiej.




Sporo jeszcze czeka mnie po powrocie do Chicago. Poza oczywistą koniecznością wybrania się do biblioteki Uniwersytetu Chicagowskiego, zamierzam wspiąć się na Willis Tower by podziwiać miasto u swoich stóp, do tego fajnie byłoby przepłynąć się wodną taksówką po rzece Chicago i zasmakować jakiegoś plenerowego koncertu lub może stand-upu (to jest tydzień festiwali!).

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Już nie tak długie dni

Niedziela zaczęła się dla mnie od pójścia do kościoła.


Kościół św. Wojciecha został wybudowany przez Polaków, ale obecnie jest głównie używany przez Meksykanów. W ciągu tygodnia jest tylko jedna msza święta po polsku - o godz. 9:00. Kościół jest ogromny, ale z jakiegoś powodu wszyscy siedzą pośrodku i z tyłu, kilkadziesiąt metrów od ołtarza (choć na mszy było nie więcej niż 30 osób. Za kontuarem siedziała Joanna Krupa (zarówno pod względem wyglądu, jak i - przede wszystkim - akcentu). Sama msza natomiast była w intencji... pomordowanych w Smoleńsku. Po mszy poszedłem pogadać z księdzem i spytałem się go, dlaczego nie ofiar katastrofy, tylko pomordowanych. Zaczęła mu wtedy drgać dolna warga i dłonie, wyzwał mnie od "tych 80% Polaków co są tylko za Niemcami i Ruskimi" oraz polecił "poczytać sobie Nasz Dziennik i Gazetę Polską, żeby poznać prawdę". Także uroczo. Po mszy poszedłem oglądać mecz u Morgana. Kto powiedział, że nie można dostać żytniego hamburgera?


Po posiłku i meczu (Irlandia-Chorwacja 1:3) przyszedł czas na kolejną wycieczkę po centrum miasta. Tu widać, jak uliczni grajkowie występują na stacji metra:


Trump International Hotel and Tower (423 m):


Navy Pier (Molo Marynarki). Jedna to było za mało:


Dziś natomiast spędzałem przedpołudnie w polskiej dzielnicy. Tu, w restauracji Barbakan, obejrzałem mecz Anglia-Francja i zjadłem fantastyczny lunch - wołowinę w sosie chrzanowym:

 Popołudnie natomiast spędziłem na Uniwersytecie Chicagowskim. Dzięki uprzejmości pani zajmującej się przyjęciami studentów, dowiedziałem się wiele na temat możliwości bycia przyjętym na program doktorski i otrzymania stypendium. Studia kosztują bowiem 45 tysięcy USD rocznie (!), zatem nie ma szans na to, żeby w najbliższym czasie było mnie stać na ich opłacenie bez otrzymania sążnej pomocy. Zwłaszcza, że obowiązuje zakaz pracy poza studiowaniem. Po kampusie śmigają w tę i nazad takie oto zwierzątka:



Najdłuższy dzień pod słońcem II

Po lądowaniu nie było już właściwie żadnej kontroli - szybko wyszedłem z terminalu i przeszedłem do sali odbioru bagaży. Oczywiście nie może być mowy o braku przygód w takiej sytuacji. Mój bagaż nie przyjechał na taśmie...


Rzecz jasna natychmiast zgłosiłem sprawę personelowi lotniska. Po wbiciu do systemu okazało się, że United Airlines nie mają w ogóle mojej walizki - nie jest w systemie. Z czego wniosek jasny: nie wyjechała z Filadelfii, ba - nie została nawet zeskanowana. A pamiętałem bardzo dobrze, jak to w Philly, po kontroli, kazano mi wrzucić walizkę z powrotem na taśmę i odjechała w dal. Nie miałem jednak czasu zastanawiać się, co się stało, bo musiałem lecieć na stację metra, spotkać się z moim gospodarzem - Paulem. Ten couchsurfer okazał się być niskim facetem po pięćdziesiątce, w okularach. Przywitał mnie w zasadzie już z kluczem od swojego mieszkania w ręce. Po krótkiej wymianie uprzejmości powiedziałem mu, że muszę lecieć z powrotem na lotnisko walczyć o mój bagaż, dałem mu prezent z Polski - ptasie mleczko - i pożegnałem się (szedł do pracy).


Po powrocie na lotnisko wyraźnie zaaferowana obsługa sprawdzała na setki sposobów, co mogło się stać z moim bagażem. Za chwilę miał wylądować następny samolot UA z Filadelfii, ale miał pewne opóźnienie - w związku z czym dostałem voucher na 10 USD do zrealizowania w którymś z punktów gastronomicznych na lotnisku. Oczywiście poszedłem do Starbucksa (mówię oczywiście, bo lansowanie się w starbuniu to stały żart) i dostałem kawę i ciastko. Po pełnej nerwów chwili wróciłem do taśmy bagażowej, na której oczywiście mojej walizki brakowało. Wszystko wyjaśniło się dopiero gdy ruszyłem dupsko specjalnie do siedziby US Airways - linii, które miały za zadanie przekazać walizkę United. Okazało się, że walizka owszem, przyleciała, ale wcześniejszym samolotem (jeszcze w piątek) i nie została przekazana partnerowi. Tak więc za 10 minut miałem już mój bagaż.


Ponad 40-minutowa podróż kolejką nadziemno-podziemną CTA zakończyła się przyjazdem na miejsce mojego trzydniowego pobytu, które okazało się mieszkaniem na pierwszym piętrze wolno stojącego, drewnianego domku prawie w samym centrum (trzy stacje od downtown). W mieszkaniu - ogromny rozgardiasz. Okazuje się, że Paul prowadzi coś na kształt hotelu dla couchsurferów, a ponieważ sam pracuje dość dużo i mieszka jeszcze z jednym gościem (Danem), nie ma czasu specjalnie posprzątać. Nie jest brudno, po prostu wszystkiego wszędzie NASTAWIANE. Tym, którzy zastanawiają się, czy to normalne, żeby dwóch facetów koło pięćdziesiątki mieszkało razem, wyjaśniam: nie wiem. Ale obaj są głęboko wierzący, w tym Dan jest profesorem teologii, a Paul organizatorem w parafii. Są co prawda protestantami, ale nie takimi, którzy dopuszczają wszelkie bezeceństwa. Więc wygląda na to, że po prostu mieszkają razem.


Po krótkim pobycie w mieszkaniu stwierdziłem, że chyba nie ma sensu spanie (była mniej więcej 11:00), więc puściłem się w miasto. Najpierw jednak obejrzałem mecz Niemcy-Portugalia w pubie, zajadając hamburger z byka (buffalo burger):

 Był on soczysty i wspaniały. Tak soczysty, że po przykryciu bułką od góry i ściśnięciu w celu ugryzienia, tłuszcz przeciskał się przez bułkę i spływał aż do łokcia... mmm. Sałatka była z dressingiem z "raspberry vinaigrette" - rewelacja.


Następnie poszedłem na "spacerek" - na nogach aż do wybrzeża. Po drodze patrzyłem, jak nad innymi budynkami dumnie pręży się dawny Sears, czyli obecnie Willis Tower:


Obserwowałem też różnice kulturowe, takie jak benzyna tańsza o 50% od naszej:


a tu już nie różnica kulturowa - było tak koszmarnie gorąco, że ludzie specjalnie wchodzili pod fontannę w Millenium Park, żeby się skąpać:

Sam też tego zaznałem, wąchając przy okazji marijuanę wydychaną przez mijanych po drodze Murzynów :))).

Wróciłem do mieszkania koło 20:00 i położyłem się spać ok. 21:30; innymi słowy -  ponad 48 godzin po tym, jak poprzednio leżałem w łóżku... tak też skończył się najdłuższy dzień pod słońcem!

sobota, 9 czerwca 2012

Najdłuższy dzień pod słońcem cz. I

Pierwsza część podróży to była konieczność dostania się do Monachium, z którego następnie US Airways miały zabrać mnie do Filadelfii. Na nowym terminalu lotniska we Wrocławiu oczekiwała na mnie niespodzianka. To jedyne połączenie w całym moim bilecie, obsługiwane przez PLL LOT, okazało się najbardziej kłopotliwym. Usterka techniczna (o której naturze nas nie poinformowano) uziemiła ATR, który miał nas przetransportować do Rzeszy. Tak więc o godzinie 6:30, zamiast meldować się powoli na pokładzie maszyny, siedziałem w sali odlotów patrząc bezmyślnie na mechanika grzebiącego coś przy samolocie.


Nie mając wiele do stracenia (w Monachium i tak miałem długo czekać), zdążyłem nie tylko spokojnie zmówić różaniec, ale i wypić w lotniskowym barze lotniskowego drinka z lotniskową wódką. Na szczęście polska myśl techniczna po raz kolejny pokazała wyższość nad włosko-francuską i z 45-minutowym opóźnieniem samolot wystartował. Rzecz jasna, jak to zwykle bywa na krótkich lotach, obsługa ledwo zdążyła się uporać z rozdawaniem śniadania i napojów oraz zbieraniem śmieci, i już musiała przypinać się do ścian i przygotowywać do lądowania. Samolot spokojnie osiadł w Bawarii, a polskie stewardostwo (które zdążyło mnie pomiędzy śniadaniem a napojem namówić na wypełnienie formularza "Miles and More") pięknie po polsku pożegnało się z międzynarodową ferajną.


Boeing 737-300 amerykańskich linii lotniczych US Airways na szczęście usterek nam oszczędził. Wielki turbopotwór godnie wzniósł się w niebo i poszybował nad Beneluks, Wielką Brytanię, Irlandię, by omijając lekkim łukiem Islandię i Grenlandię, wzdłuż wybrzeży Kanady i USA dotrzeć do Filadelfii w stanie Pensylwania. Niestety, pomimo chwytliwej nazwy, te linie lotnicze są co najwyżej przeciętne, co jest dużym rozczarowaniem. Obsługa, choć miła, nie była dość kompetentna, a przez większość przelotu zajmowała się proponowaniem dodatkowych towarów i usług. Napoje alkoholowe wszystkie płatne (a ja polaczek już od tygodni szykowałem się na ćwiczenie gardzieli), flight entertainment płatny (!), koc oczywiście za krótki (pokrywa albo same stopy albo samą szyję), poduszki z waty szklanej krytej blachą falistą. Na szczęście samolot nie był w całości zapełniony (o dziwo), więc mogłem rozłożyć się jak król (jeśli królewska poza to skręcenie się w sardynkę na półtora siedzenia), póki w połowie nie przyszła pewna Amerykanka z najtępszym wyrazem twarzy, która poprosiła o zajęcie miejsca obok mnie, bo "u niej nie dziaa lampka" (wyrok zapadł na lotnisku), żeby do końca czytać z otwartymi wąsatymi ustami odkrywcze informacje z turystycznego albumu o obozie w Dachau (np. "Luxemburgish inmates").


Samo lądowanie było też "ciekawe". Schodzenie do niego odbywało się na zasadzie: nic, nic, nic, nagle kilkadziesiąt metrów od razu. Nic, nic, nic, nic, nic, nagle kilkadziesiąt metrów. Parę osób było na granicy rzygnięcia, ktoś się nawet zapaskudził. Potworolot wylądował z ponurym sapnięciem, odbiwszy się jeszcze parę razy od powierzchni pasa jak piłka do koszykówki.


Wylądowaliśmy w Filadelfii o 14:50 czasu wschodniego, czyli 20:50 w Polsce. Jak łatwo się domyślić, było już dawno po meczu otwarcia Euro. Filadelfia powitała nas upałem, prześwitującym przez niehermetyczny rękaw przejściowy do sali przylotów. Rozmowa z celnikiem, a także sprawdzenie rentgenem ("proszę zdjąć buty, rentgen nie ma czujnika smrodu"), przebiegły zaskakująco szybko i polecono mi natychmiast odebrany przed chwilą bagaż nadany oddać na taśmę, a następnie przejść do ochrony. Kiedy przyszła moja kolej, oczywiście okazało się, że nie mam "boarding pass" - a skąd mogę mieć, skoro jest 15:30, a mój lot o 6:00 dnia następnego? Wróciłem do sali United Airlines, z którymi miałem lecieć do Chicago, a oni mówią, że nie dadzą mi boarding pass, bo lecę jutro. Na to ochroniarka, że muszą mi coś dać, bo nie przejdę. A oni, że nie dadzą, bo to jutro. No to ochroniarka mówi: idź pan w miasto. No i poszedłem.


A dokładniej mówiąc - pojechałem metrem. W metrze oczywiście 99% pasażerów to czarni. Po wyjściu z metra, na ulicach, 80% ludzi to czarni. 100% pracowników jakichkolwiek usług i sprzedaży to czarni. Nawet sekciarstwo czarne przypuściło na mnie bezprecedensowy atak:

Dalej czekała na mnie m.in. "świątynia" masońska (co oni tam czczą?)

Chinatown...


...taka tam ścieżynka...



W porcie zacumował sobie niszczyciel (po lewej)...


... a na kolację zjadłem chalupę (nie, nie chałupę - "chalupa", czyt. czalupa, to pseudomeksykańskie jedzenie podawane w Stanach - tortilla kukurydziana z kapustą pekińską i guacamole):


Im robiło się później, tym na ulicach było więcej Murzynów. Po zapadnięciu zmroku, wychynęli skądś kloszardzi, narkomani, żebracy... cyknąłem jeszcze tylko zdjęcie polskiego śladu i uciekłem na lotnisko.


Ponieważ na lotnisku byłem ok. 21:30, a lot dopiero był o 6:00, musiałem czekać jeszcze mnóstwo czasu. Przerywany, męczący sen w chłodnej sali lotniska, nudy, słuchanie mp4, czytanie książki, gazety, snucie się bez sensu... nigdy więcej bez hotelu w takiej sytuacji.

Po dwóch godzinach, w Chicago byłem ok. 6:55 czasu centralnego. A to była dopiero pierwsza część najdłuższego dnia pod słońcem... reszta - jutro!

Przed podróżą

Tak więc stało się - lecę do Stanów. :)

Choć przygotowania nie były ciężkie, moja głowa była przez ostatnie kilka tygodni przed wyjazdem stale zaprzątnięta wyjazdem. Poza oczywistymi rzeczami, takimi jak zakup biletów, wymiana pieniędzy na "zielone" czy rejestracja na konferencję Acton University, zastanawiałem się, jak to będzie, czy Stany staną na wysokości zadania i spełnią moje oczekiwania, jak dam sobie radę z podróżą, w co się zapakować... Ale zacznijmy od początku.

Tym, którzy śledzili mojego bloga od czasu wyjazdu do Chile nie muszę przypominać, że na temat tego kraju, a także Wenezueli, pisałem moją pracę magisterską, pt. "Porównanie polityki gospodarczej rządów Augusto Pinocheta w Chile i Hugo Chaveza w Wenezueli". Praca ta pozwoliła mi w czerwcu 2011 r. sięgnąć po tytuł naukowy; była chyba też nie najgorsza, bo Pan Profesor St. Czaja polecił mi spróbować znaleźć wydawcę i w pełni wsparł pomysł wysyłki pracy na konkurs Magister PAFERE, organizowany przez Polsko-Amerykańską Fundację Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego. To przyniosło dość nieoczekiwane skutki.

Konkurs, krótko mówiąc, wygrałem. W kwietniu 2012 r. dowiedziałem się o moim zwycięstwie i już wiedziałem, że wiąże się to z niewielką nagrodą pieniężną i wydaniem pracy w formie książkowej. Od razu zatem, jeszcze przed podróżą do Warszawy na rozdanie nagród, zacząłem planować wyjazd studyjny do Wenezueli, w celu ulepszenia szybko dezaktualizującej się pracy (analiza Wenezueli zakończyła się na grudniu 2010 r.). Byłem też dosłownie o krok od zakupienia biletów na okres 20.06-5.07 - zabrakło tylko ostatecznego potwierdzenia transakcji. Można powiedzieć - na szczęście.

Okazało się bowiem, że PAFERE wraz ze sponsorami przygotowała dla laureatów pierwszych trzech miejsc nagrodę specjalną - sfinansowanie konferencji Acton University, odbywającej się w dniach 12-15.06 w Grand Rapids, Michigan. Kiedy dowiedziałem się o tym, załamałem ręce. Przecież miałem już zakupiony bilet na mecz Euro 2012 pomiędzy Grecją a Czechami!!! Ale zastanowienie nie trwało długo. Uznałem, że nie ma w ogóle porównania pomiędzy wyjazdem do USA, a wizytą na stadionie we Wrocławiu. Tak więc natychmiast zacząłem przygotowania do wyjazdu i po wystaraniu się o wizę (procedura jest naprawdę groteskowa) zakupiłem bilety - wylot 8 czerwca i powrót 20, z Wrocławia.

Zatem - przygotowania dobiegły końca i 8 czerwca o 4:15 wstałem, zabrałem manatki i pojechałem na lotnisko!