wtorek, 3 sierpnia 2010

Belleza ataca, belleza avasalla, belleza achanta, belleza gana!

Oto i mój ostatni wpis z Chile. :)

Ostatnie dni spędziłem bardzo, ale to bardzo pracowicie, przygotowując materiały do swojej pracy magisterskiej. Ostatecznie, jest to ok. 140 stron w formie drukowanej i 2026 zdjęć, czyli około 3700-3900 stron - zajmujących 18 gigabajtów na dysku. Razem może być więc ponad 4000 stron, które mogę wykorzystać do pracy! Wyglądają one np. tak:

(z książki o konspiracji wynoszącej Chaveza do władzy)

Ciężko mi powiedzieć, ile spośród nich jest o Wenezueli a ile o Chile, ale podejrzewam, że może to być coś w rodzaju 1500-2500 lub wręcz 1000-3000. Znalazłem mnóstwo materiałów o Chavezie, ale żal byłby nie skorzystać też z ogromu literatury na temat junty Pinocheta. Tak naprawdę, to mógłbym więc choćby dziś zasiąść i zacząć pisać pracę (no, może nie dziś, bo jest północ, a jutro muszę wstać rano i lecieć do Polski :).

W bibliotekach spotkałem tylko kilka niemiłych osób. Cała reszta była bardzo miła, pomocna, a nawet usłużna. Nawet w Bibliotece Narodowej (pomimo, że miałem na sobie tylko marynarkę od garnituru ;). A dlaczego nawet? o tym za moment.

Otóż Biblioteka Narodowa ma swój bardzo specyficzny i niesamowicie anachroniczny system. Książki (lub czasopisma) wypożycza się w ten sposób, że wypełnia się kartkę z całym kwestionariuszem osobowym (niemal łącznie z danymi na temat swojej przeszłości chorobowej), gdzie można napisać tylko jedną pozycję ze zbiorów. Jednorazowo można wręczyć tylko dwie kartki. Ja więc, mając listę składającą się z 46 pozycji, musiałem wypełnić 46 karteczek i wręczyć je 23 razy - choć prościej byłoby, oczywiście, wypełnić jeden kwestionariusz i powiedzmy no już te 46 kartek z samymi danymi na temat książek, a później do stolika brać po dwie. Niestety, tak się nie dało. W BN spędziłem łącznie 10 godzin i zebrałem ok. 1200 stron materiałów, ale myślę, że warto. Ich zbiory są niesamowicie obszerne, a sama biblioteka jest bardzo przyjemna do pracy:

Dziś zaś wybrałem się do Biblioteki Kongresu, która po lutowym trzęsieniu ziemi zmaga się ze żmudnym zadaniem poustawiania książek na półkach. Oczywiście, samo ustawianie nie jest wystarczające, bo wykorzystali tę okazję, by książki przejrzeć i zakonserwować. Główne zbiory mieszczą się w podziemiu:

... książki zaczynają się od okolic roku 1830. Seńor Ricardo był bardzo zadowolony, że kogoś to interesuje i pokazał mi kilka:


Niestety, Kongres nie miał mi zupełnie nic do zaoferowania. Okazało się, że wszystkie artykuły, które potrzebuję, znajdują się w Bibliotece Głównej w Valparaiso (na wybrzeżu, ok. 100 km od Santiago)...

Skąd dzisiejszy tytuł? Tytuł oznacza: "piękno atakuje, piękno zniewala, piękno onieśmiela, piękno wygrywa!" W Santiago, między ogromem brzydoty, który nie jest charakterystyczny dla niego - jest charakterystyczny dla całości świata, są miejsca o niebywałym wprost pięknie, które przyćmiewają wszystko, co widzi się gdziekolwiek indziej. Na przykład studiując na Universidad Católica, ma się codziennie taki widok:


wychodząc z kampusu, można go zobaczyć w całej okazałości:

Pracując w Bibliotece Narodowej, chodzi się po takich korytarzach:


...a wracając do domu, na przykład w kierunku Las Condes, można być zaatakowanym przez piękno wciskające się między budynki:


Na koniec, zdjęcie obrazujące, że wcale mi w Santiago źle nie było ;)


p.s. jeszcze jedna ciekawostka. Widziałem dzisiaj sklep z czekoladkami, w którym oczywiście nabyłem trochę słodyczy. Dlaczego? Zobaczcie sami:




Tak, ten sklep założyli Polacy.

Teraz mogę już z czystym sercem powiedzieć: Santiago - hasta luego! :)

piątek, 30 lipca 2010

Traje abre puertas

Dziś przeszedłem się po raz pierwszy po bibliotekach uniwersyteckich. Efekt? 14 pozycji do bibliografii (12 książek i 2 artykuły) i prawie 700 stron materiałów do pracy magisterskiej! A muszę nadmienić, że na razie odwiedziłem te biblioteki, po których najmniej się spodziewałem. Dlaczego? O tym za chwilę.

Wstałem rano (za piętnaście trzecia), umyłem się, zjadłem śniadanie i zacząłem patrzeć na mapę by ustalić, do których bibliotek jest największy sens iść. Okazało się, że biblioteka Wydziału Studiów Międzynarodowych Universidad de Chile znajduje się 300m od mojego miejsca tymczasowego zamieszkania, zatem postanowiłem od niej zacząć, potem przejechać do Biblioteki Kongresu przy Huérfanos, niedaleko Pałacu Prezydenckiego La Moneda i ewentualnie - jeśli mi pozostanie trochę czasu - pójść do kilku innych bibliotek Universidad de Chile.

Wszedłem do biblioteki tego wydziału i mówię (prezentując typowo Cejrowski "tupet jak taran"): "Dzień dobry, nazywam się tak i tak, jestem z uniwersytetu takiego i takiego, piszę pracę magisterską i z tej biblioteki potrzebuję następujące książki [wymieniłem]." "Przepraszam, jeszcze raz z jakiego uniwersytetu?" "Universidad Económica de Wrocław." "Lo siento, wypożyczamy tylko Aryjczykom*". "Pero, przecież to nie stworzy wam żadnego kosztu jeśli usiądę z tą książką tutaj i ewentualnie ją później skseruję..." "spytam się führera". Zadzwoniła do szefowej, i po chwili przekazała mi wieści: studenci niearyjscy* mogą przychodzić tylko we wtorki i w czwartki i tyczy się to wszystkich bibliotek Universidad de Chile. A tak się składa, że właśnie w tych bibliotekach znalazłem najwięcej ciekawych książek.

Tak więc lekko wpieniony wybrałem się do Biblioteki Kongresu. Czasem żałuję, że nie można każdemu robić zdjęć w każdej sytuacji, bowiem w budynku Edificio Pacifico, w którym jest m.in. rzeczona Biblioteka, w windzie był... WINDZIARZ!!! Najprawdziwszy facet na stołku, w umundurowaniu, wciskający guziki w windzie! Niesamowite.

Niestety, Biblioteka już nie była taka niesamowita. Rozmowa była mniej więcej następująca: "Dzień dobry, czy są książki?" "Nie ma." "Dlaczego nie ma?" "Rozpieprzyło nam czytelnię w czasie trzęsienia ziemi. Ale może pan przyjść od wtorku do czwartku to pana obsłużymy".

Wychodząc z budynku zacząłem się śmiać. Sytuacja, w której z każdej biblioteki będą mnie wyrzucać i przenosić na wtorek (w środę rano lecę) była przekomiczna. Spojrzałem na mapę (rozwalił mi się plan dnia) i stwierdziłem, że relatywnie blisko mam na Universidad Diego Portales. To był strzał w dziesiątkę.

Większość bibliotek Universidad Diego Portales znajduje się przy alei Zbawiennej Armii (Avenida Ejército Libertador**) i tam też się udałem. Rozmowy we wszystkich z nich wyglądały podobnie. "Dzieńdobrynazywamsiętakitakpotrzebujętoito". "Z jakiego uniwersytetu?" "Uniwersytet Astronomiczny w Tegucigalpie***." "Oj to pewnie nie macie z nami konwenjo." "No nie mamy." "Aha to wejdź. Ale musisz wiedzieć że robię ci łachę." Byłem w pięciu bibliotekach i we wszystkich pięciu to samo - wielka łaska, ale bezproblemowe wejście i skorzystanie z materiałów, kserowanie ich, a nawet robienie zdjęć, takich jak to:


Jest to modlitwa do Chaveza, napisana w 1992 roku przez anonimowego wielbiciela, zaraz po tym jak Comandante został uwięziony po swoim nieudanym zamachu stanu. Wolne tłumaczenie:

Chavezie nasz, któryś jest w więzieniu
święć się zamach twój,
przyjdź do nas, do ludu,
bądź wola twoja,
jako w Wenezueli,
tak i w wojsku.
Zaufania naszego powszedniego daj nam dzisiaj,
i nie odpuszczaj zdrajcom ich win,
jako i my nie odpuszczamy
twoim winowajcom.
I nie wódź nas ku korupcji,
ale nas zbaw od Carlosa Andrésa Péreza.
Amen.


To chyba wyjątkowo dobitnie świadczy o tym, z czym mamy do czynienia analizując reżim Chaveza. :)

Jak widać, moja wycieczka do bibliotek skończyła się sukcesem, choć po drodze musiałem (oczywiście w celach naukowych!!!!11 :) odwiedzać ulice takie, jak ta:



... oraz próbowałem rozczytać się w sieci autobusów w Santiago:


Nawiązując do tytułu. Przebywając w Chile zaobserwowałem na własnej skórze psychologiczne działanie garnituru. Z racji moich praktyk, zwykle byłem cały dzień w marynarce, pod krawatem; gdy zmieniałem ubiór na "cywilny" ludzie od razu zupełnie inaczej się do mnie odnosili! Nie mogę co prawda powiedzieć, żebym był dotąd gdziekolwiek źle potraktowany, ale podam dwa przykłady. Jak poszedłem w garniturze pierwszy raz do baru, w którym często później jadałem (nazywa się Salon de Te, zgodnie więc z nazwą, nie można tam się napić herbaty)...:



...obsługa była niezwykle usłużna. "A może to, a może tamto, siamto, a może jeszcze pebre? Coś na deser? A może pupcię podetrzeć?"

Innego razu natomiast poszedłem w cywilnym ubraniu zwiedzać cmentarz i potem wstąpiłem do knajpki na terremoto. Gdy spytałem kelnera, czy mają porto, jeszcze był normalny. Jak dodałem, czy skoro nie mają porto, to "mogę dostać słodkie czerwone wino?" Cośtam bąknął. No to ja na to: "W takim razie poproszę". "Ale nie mamy!!!" - był coraz bardziej poirytowany. W końcu zamówiłem więc rzeczone terremoto. Dość powiedzieć, że gość cały czas patrzył się nade mną, jak ze mną rozmawiał.

Gdybym więc dziś poszedł do bibliotek w garniturze, pewnie byłbym znacznie lepiej obsłużony... :)

* winny jestem wyjaśnienie. "tylko Aryjczykom" to skrót myślowy; wypożyczają tylko własnym studentom i EWENTUALNIE studentom innych uniwersytetów, które mają z UdCH specjalną umowę ("convenio").

** tu naprawdę chodzi o Zbawienną Armię. Vide: Armia Andów.

*** podejrzewam, że nazwa "Wrocław" brzmi w Chile równie egzotycznie, co dla nas Tegucigalpa, swoją drogą stolica Hondurasu.

wtorek, 27 lipca 2010

Experiencia buena o problemas con tesis

Moje praktyki powoli dobiegają końca i podobnie też rzecz się ma z pobytem w Chile. Jeśli chodzi o podsumowanie mojego pobytu w tym kraju (choć jeszcze przede mną 8 dni), przede wszystkim nachodzą mnie dwie myśli.

Pierwsza jest taka, że było mi tu znacznie gorzej, niż się spodziewałem: wielu rzeczy, których się spodziewałem, nie udało mi się napotkać. Spodziewałem się bowiem, naoglądawszy się Cejrowskiego, na przykład tego, że - ponieważ jestem w Ameryce Łacińskiej - jedzenie będzie sporo tańsze niż w Polsce, na ulicy będzie można napić się świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, śniadanie będę jadł po drodze do pracy itp. Owszem; jest tu znacznie więcej sprzedaży na ulicach; po drodze do pracy mogę napić się kawy, zjeść jakieś ciastko, gdybym poruszał się po odpowiedniej trasie, mógłbym po drodze kupić sobie sopaipillę czy świeżo prażone orzechy, ale wszystko to jest dość drogie (tzn. okej, kawa za 2 zł, sopaipilla za 1 zł/szt. czy orzechy za 2,50 zł to niewiele, ale wciąż jest to pewien wydatek). Spodziewałem się też, że będzie sporo cieplej, tj. że w mieszkaniu ogrzewanie będzie efektywne (i nie będzie np. nieszczelności w oknach), oraz że codziennie będzie po 20-25 stopni. Niestety, 20 stopni jest rzadko, a zwykle jest w przedziale 7-10. Jak wychodzę o 8:30 z domu to bywa, że jest zero i temperatura co prawda szybko rośnie, ale i tak bez czapki, szalika i rękawiczek się nie obędzie. Na zdjęciu: drzewo parujące słonecznym rankiem po mroźnej nocy.


Myślałem, że całe jedzenie będzie dużo lepsze niż polskie. Owszem, znaczna większość pożywienia jest lepsza (nienapakowana kolorantami, konserwantami itp.), zwłaszcza mięsa, ryby i jogurty. Jest jednak rzecz, która kładzie się cieniem na tej sytuacji. Chilijczycy absolutnie nie potrafią upiec chleba ani bułek; wszystko jest nadmuchane lub płaskie i twarde, każdy rodzaj pieczywa smakuje tak samo. Kupiłem grahamki, to okazały się grudowate i gliniaste. Zdecydowanie najbardziej brakuje mi tu polskiego pieczywa.

Spodziewałem się też, że będę miał czas i siłę na poszukiwanie materiałów do pracy magisterskiej i że będzie to łatwiejsze. Tymczasem napotkałem spore problemy: znalazłem sporo materiałów w bibliotece Ambasady, ale muszę skserować 3000 stron (niech będzie i 1500, jeśli każdą parę stron wydrukuje się na jednej kartce), więc będę musiał wydać minimum 90 zł na kserowanie (10 śmieciuchów strona), chyba, że zdecyduję się na robienie zdjęć materiałom - ale wtedy spędzę straszną ilość czasu na robieniu zdjęć, zmarnuję kilka baterii i na pewno napędzę sobie frustracji. Do tego dojdą - mam nadzieję! - materiały z ambasady Wenezueli (dziś miałem je odebrać, ale nie przygotowali ich, bo koncentrują się na pracy dotyczącej uniknięcia konfliktu zbrojnego z Kolumbią. Może jutro je odbiorę) i materiały z bibliotek, gdzie już teraz znalazłem ok. 30 książek (je też będę musiał skserować! A ksero w bibliotece to 30 śmieciuchów strona). Okazało się też, jeśli trzymam się problemów finansowych, że muszę zapłacić dodatkowe 48000 śmieciuchów za ostatnie 9 dni pobytu - dotychczas zapłacony czynsz był za miesiąc...


Spodziewałem się, że pojadę na jakieś dłuższe wycieczki, a tymczasem z powodów finansowych najdalej, gdzie pojechałem, to była Vina del Mar...

Inna sprawa, że spotkało mnie tu sporo dobrych sytuacji, których się nie spodziewałem. Najistotniejszą z nich jest chyba spotkanie pana Jose Hosiassona, który jest niesamowitym człowiekiem, świetnym znawcą jazzu i ogólnie muzyki, do tego super-sympatyczny i ze świetnym poczuciem humoru. W tej chwili właśnie słucham sobie muzyki, którą zgrałem sobie na komputer od Niego. Nie spodziewałem się, że będę co parę dni chodził na koncerty jazzowe. Nie spodziewałem się, że poznam sympatyczne Chilijki: Glorię i Karlę. Z Glorią wczoraj robiłem placki ziemniaczane, danie może niezbyt typowe dla kuchni polskiej, ale na pewno bardzo egzotyczne dla Chilijczyków... potem jedliśmy je ze śmietaną (25%!! Tu nie ma 18%...) i syropem z trzciny cukrowej, popijając caipiroshką (caipirinha zrobiona na bazie polskiej wódki vodka.pl, zamiast cachaki).

Druga myśl, która mnie nachodzi, to to, że na pewno nie będę żałował wyjazdu do Chile. Ta podróż, oprócz wspomożenia mojej pracy magisterskiej (oby!), dała i ciągle daje mi mnóstwo doświadczeń, które wzbogacają moje CV i moje osobiste doświadczenie, oraz utwierdzają mnie w moich postanowieniach i poglądach na życie, czyli...:


:)))

Przykro mi, że nie mogę lub nie potrafię zapisać na blogu wszystkich doświadczeń, które mnie tu spotykają. O wielu też zapominam i przypominam sobie po czasie. Wszystko będę mógł opowiedzieć gdy ochłonę w Polsce (czy raczej: gdy się ogrzeję w Polsce! :))) i w cztery oczy.

sobota, 24 lipca 2010

Vida después de la muerte

Wczoraj wybrałem się w bardzo ciekawe miejsce - Cmentarz Generalny w Santiago.

To narodowa nekropolia Chile. Spoczywają tu na 85 hektarach m.in. wszyscy zmarli prezydenci z wyjątkiem Videli i Pinocheta, ale też tysiące zwykłych obywateli. Dla porównania, użytkowa część Cmentarza Grabiszyńskiego to 20 ha, a Osobowickiego - 50 ha.

Na cmentarz poszedłem na nogach. Jak minąłem górę Serro Blanco:


...po lewej stronie pojawił się tak dobrze mi znany z Polski widok... ogródków działkowych, z niskimi drzewami owocowymi i mnóstwem altanek. Dopiero po chwili ogarnąłem się i zauważyłem, że tak właśnie wygląda Cmentarz Generalny!


Przy bramie miły ochroniarz dał mi listę osobistości leżących na tym cmentarzu, z wykazem pól, na których znajdują się ich groby. Niestety nie miał dla mnie mapy, więc szukanie grobów trwało dość długo. Ale dzięki temu zobaczyłem dużo więcej. Są grobowce i całe części cmentarza oznaczone w ten sposób:


...co oznacza "niebezpieczeństwo". Po ostatnim trzęsieniu ziemi wiele grobowców i nagrobków zawaliło się, lub ich konstrukcja została poważnie naruszona:






Dotarłem jednak do trzech najważniejszych miejsc pochówku, zachowanych w nienaruszonym stanie: najpierw zobaczyłem grób Ignacego Domeyko (i całej rodziny Domeyków), od którego została nawet nazwana też ta z "ulic" na cmentarzu, pośrodku której się on znajduje - w końcu Domeyko to bohater narodowy:


Następnie rozpocząłem żmudne poszukiwania grobowca Allende, koło którego przechodziłem parę razy, ale w życiu się nie domyśliłem, że ta "makieta wieży Isengardu" to właśnie ten grób. Dopiero jeden z robotników pracujących przy rekonstrukcji grobowców mi pokazał. Sama tablica nagrobna znajduje się pod ziemią, wejście po schodkach pod "Isengard":




Trzecie miejsce to grobowiec rodzinny Pinochetów. Augusto Pinochet Ugarte jest pochowany gdzieś na swojej farmie na wsi, bo obawiano się niszczenia grobowca. Reszta rodziny jest tutaj:


A na koniec zdjęcia obrazujące skrajne różnice w dochodach między warstwami społecznymi Chile. Najpierw "aztecka świątynia" zbudowana przez jakiegoś bogacza:

"wielopoziomowy budynek mieszkalny" w miniaturze:

a tu biedota. Aleja zniszczonych nagrobków (przepraszam za jakość zdjęcia, już było bardzo ciemno)...:

...trzypiętrowe pawilony z nagrobkami...:

...których jest multum.


A po półtoragodzinnym hienowaniu na cmentarzu zniszczonym przez terremoto, czas na... terremoto! :)

środa, 21 lipca 2010

Cuidado con mierda

Moi gospodarze trochę mnie czasami zadziwiają. Nie są hipokrytami, ale zwykle ich działania rozmijają się z ich wypowiedziami. Są trochę jak zagubione dzieci.

Na przykład, narzekają (wspólnie ze mną, przyznaję), że jest strasznie zimno. A potem przychodzę do domu, a tam - otwarte na oścież okna. WIETRZYMY! A muszę przy tym zauważyć, że wcale nie było duszno w środku. Ale cóż, prababcia pasąca lamy w Andach uczyła, że trzeba robić przeciąg, to trzeba.

Owoców nie kupują prawie wcale, a jak kupują, to te leżą tygodniami i się psują:


Inny przykład. Jak tylko zostawię gdzieś jakiś talerzyk czy kubeczek nieumyty, mówią mi, że jestem "muy desordenado". Podobnie z porządkiem w "moim" pokoju. Słyszę co jakiś czas od nich komentarze (żartobliwe, rzecz jasna) na temat nieporządku w moim pokoju. A oni tymczasem - nie zamiatają w kuchni wcale. Nie posiadają odkurzacza - lub go nigdy nie używają. Nie myją lad w kuchni. Kuchenka potrafi być zaolejona całymi tygodniami. Jakieś żarcie stoi tydzień w garnku na kuchence. Okap jest CZARNY od brudu i kurzu (no ale ok, może nie sięgają wzrokiem tak wysoko):


A dzisiaj dali mi do zrozumienia, że jem za dużo na śniadania (które mam u nich "za darmo" z racji tego, że zapłaciłem za wynajęcie pokoju). Napiszę zatem co zwykle jem na śniadanie: jedna płaska bułka lub pół marraquety (coś jak "duża bułka") z masłem (które sam sobie kupiłem), serem żółtym i szynką, pół lub cały pomidor, herbata lub sok (który sam sobie kupiłem). Raz do dwóch razy na tydzień jajecznica z dwóch jajek. W czym przesadziłem? "bo jak była u nas Agata to ona nic nie jadła na śniadanie". Co mnie to obchodzi? Czy ja jestem jakąś durną anorektyczną babą, która nie wiedziała, że skoro zapłaciła za śniadania to ma je jeść? Napiszcie mi proszę, co jem za dużo na śniadanie, bo może faktycznie w czymś przesadzam. Może powinni mi racjonować? I wydawać kartki, jak za Allende. :)

Jest jeszcze jeden duży kontrast, który wyczuwam w tym domostwie. Większość sprzętów działa słabo: bojler nie działa wieczorami; we wtorek po meczu MUSIAŁEM się wykąpać, więc czekałem 20 minut aż wreszcie zaskoczy i zacznie "produkować" ciepłą wodę - rankami zwykle udaje mu się za pierwszym razem. W kuchni brakuje kilku kafelków, okno wyjściowe na ogród jest zbite:

A w tym samym czasie, mają w domu świetny sprzęt muzyczny, świetny komputer z płaskim ekranem, basen w ogrodzie, stać ich na jeżdżenie wszędzie taksówkami.

Ale już zupełnym kuriozum było to, co gospodyni powiedziała mi wczoraj. To akurat nie był ich eksces, tylko - nazwijmy go - ogólnochilijski. Otóż, w Chile nie wolno wrzucać papierów do kibla. Widziałem napis tej treści w kiblu w ambasadzie, ale zwykle go ignorowałem, bo w takim razie co mam robić z brudnym papierem - przecież nie wrzucę go do kubła na śmieci! Otóż, drodzy państwo, to właśnie mam robić. Za przeproszeniem, zasrane podcierki, mają lądować w śmietniku obok kibla. Wydało mi się to tak śmieszne, irracjonalne i obrzydliwe, że gdy Maria Eugenia mi to powiedziała, dalej wydawało mi się to niemożliwe. Ale, jakby to dalej irracjonalnie nie brzmiało, sprawdziłem. W kuble w ambasadzie faktycznie figuruje papier z plamami. A to wszystko dlatego, że rury się zatykają, bo są stare - i wtedy wszystko "wraca".

Nie no, aż po prostu morda mi się śmieje jak to piszę. Ale to prawda! Zdjęć o tym nie będzie. :D

poniedziałek, 19 lipca 2010

San Perro de Chile

W Santiago jest mnóstwo psów. Wylegują się na przystankach, przy kratkach klimatyzacji metra, na trawnikach, przy krawężnikach, wszędzie.


Co trzeba wiedzieć to fakt, że Chilijczycy raczej nie trzymają w domach psów, tak jak my w Europie. Mało kto ma swojego psa - wychodzą z założenia, że dość ich jest na ulicach. Rzadko widzi się osobę na spacerze z psem. Co jeszcze ciekawsze - na chodnikach i trawnikach prawie nie ma psich gówien, od których uginają się nasze chodniki! Nie wiem z czego to wynika. Generalnie jest tu straszny syf, wszędzie śmieci, brud itp., a te koszmarne mnóstwo bezdomnych psów najwyraźniej załatwia się w toalecie. Albo wyłącznie leżą.


Psy bywają wytresowane! Kiedy wracałem o 1:30 w nocy z koncertu z koleżanką chilijką, podszedł do nas ogromny psiur i stanął przed Glorią. Ta wyciągnęła do niego rękę, a on podał łapę. Powtórzył ten gest kilka razy, zatem to nie był przypadek. Po chwili rozłożył się przed nią całą rozciągłością, na przystanku autobusowym, tak jak ten:


Kotów za to nie ma wcale. Nie wiem, czy rozwiązanie jest tak proste, jak mi się wydaje (jest dużo psów = jest mało kotów), czy może Chilijczycy trzymają właśnie koty w domach. Niemniej codziennie rano po przebudzeniu słyszę walki kotów (czy może kotów z psami?).

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie z tej samej serii. Miś uszatek przechodzi przez jezdnię:

niedziela, 18 lipca 2010

Informe muy esperado de antίpodas

Dłuższa przerwa w publikowaniu mam nadzieję tylko uzbroiła szanownych Czytelników w pożądanie dla nowych informacji z antypodów - tak więc, bez chwili zwłoki, przystąpię do raportowania.

Albo nie, jednak będzie chwila zwłoki. Wpierw potrzebuję bowiem wyjaśnić jedną rzecz. Pewna osoba skarżyła mi się na ciągłe podawanie cen i wyliczeń. Chciałbym więc wyjaśnić: ceny i wyliczenia to kwestia najbardziej interesująca dla mnie, oraz jest to rzecz, której zwykle brakuje mi np. w programach podróżniczych, gdzie taki p. Cejrowski mówi np. "wszystko jest bardzo tanie", ale nierzadko nie pokazuje realnych cen. Dla mnie to porównanie jest natomiast bardzo ciekawe, i bardzo ułatwia np. planowanie podróży. Osoba wybierająca się do Chile powinna bowiem wiedzieć na przykład, że na miejscu nie opłaca się kupować past do zębów - bo są importowane z USA i około trzech razy droższe niż w Polsce (mnie się udało dorwać bardzo dużą obniżkę ceny na pewną pastę bezmarkową, gdzie za 200ml zapłaciłem 1000 śmieciuchów. Normalna cena to 1200 śmieciuchów za tubkę 150ml). Itd.

A teraz do rzeczy. W piątek wybrałem się na wycieczkę do malowniczego Cajon de Maipo. Oto przykładowe widoki po drodze:

1. Widok z ulicy Florida w kierunku Kordyliery

2. Początek kanionu

3. Zawieruszony plakacik wyborczy Sebastiana Pinery przy drodze w kanionie

4. Typowy widok w Cajon: rzeka i w oddali szczyty Andów

5. Troszkę kojarzący się z Tatrami krajobraz w środku kanionu


Wczoraj natomiast wybrałem się wieczorem z panem Hossiasonem do klubu jazzowego Theolonius na koncert chilijskiego zespołu (o klasie eksportowej, jak określił pan Józef) Contracuarteto.

Zanim jednak kwartet zaczął grać, w Theoloniusie występował bigband pod dyrekcją pewnego Amerykanina, w którym - jak się okazuje - większość dzieciaków pochodzi spod skrzydeł Gerharda Mornhinwega, z zespołu Conchali Big Band. Dzieciaki grały nieźle, ale brakowało im pewności w solówkach, a może przede wszystkim... dobrego zestrojenia się.

Contracuarteto, który występował po dzieciakach, to zespół o znacznie wyższym poziomie. Skład (jak nazwa wskazuje, czterech ludzi): saksofon altowy i flet, saksofon tenorowy, kontrabas i perkusja. Saksofonista tenorowy wyglądał jak d'Artagnan:

i co najmniej równie dobrze władał instrumentem, co jego pierwowzór szablą.

Dziś natomiast dzień upłynął mi bardzo leniwie, gdybym nie poszedł sobie kupić czapki i szalika z wełny alpaki to nie zrobiłbym zupełnie nic. Btw. tak, mam plamy na bluzie, ale widać je tylko na zdjęciu :P:

czwartek, 15 lipca 2010

Historia en cuadernos

Nie miałem ostatnio czasu ani sił, żeby pisać, dziś też nie mam, więc skoncentruję się wyłącznie na obrazkach.

Camarrones crudos:

Camarrones cocinando (con vino blanco):

Camarrones fritos (con brotes de soya y trozo de pan):


Tak wyglądała jedna z moich kolacji w ostatnim czasie.

A oto koncert w klubie jazzowym (jazz afroperuwiański, mam też krótkie nagrania ale się tu nie zmieszczą):



i na koniec zdjęcie z kuchni. Należy zwrócić uwagę na trzy rzeczy: koszmarnie twarda płaska chilijska bułka (STRASZNA) na ladzie, brud na ladzie, brud na podłodze (ale to ja jestem "desordenado" :P) i olej marki Belmont (czyli tej samej, co najgorsze szlugi w Chile):