Msza w katedrze była dziwna; nigdzie nie znalazłem informacji o mszach w głównej jej części, więc poszedłem na mszę w kaplicy zimowej. Co ciekawe, ponieważ jest zimno, ministranci nie mieli alb, byli poubierani w kurtki, jak wierni; nie wiem na pewno, ale nie sądzę, że to jest normalne i dozwolone w kościele. Dobrze, że przynajmniej ksiądz był ubrany należycie.
Po mszy musiałem się wrócić po kartę do mieszkania. Po drodze zakupiłem jednak za 300 śmieciuchów (2 zł) kubek kawy od obwoźnego indianina; była koszmarnie słodka, ale przy tym bardzo smaczna. Również po drodze wstąpiłem do piekarenki, gdzie kupiłem empanada con quese y champignones (pieczony pieróg z serem i pieczarkami) oraz ciastko z azucar de leche (kajmak). Zapłaciłem również niewiele, 1100 śmieciuchów (6,50 zł).
Po powrocie do domu wziąłem właściwą kartę i poszedłem na wycieczkę na górę San Cristóbal. Jest to spore wzgórze pochodzenia wulkanicznego, znajdujące się w samym centrum historycznym Santiago. Wysokości prawie 900 metrów, jest możliwe do osiągnięcia pieszo, ale idzie się około 45 minut. Wjechałem więc kolejką szynowo-linową, za którą zapłaciłem 1600 śmieciuchów (w dwie strony).
Co interesujące, na zboczu San Cristóbal znajduje się zoo z 6000 zwierząt. Jeśli ktoś ma ochotę, może dopłacić 900 wariatów i wejść do środka, kolejka górska zabierze go potem w górę lub w dół; ja jednak pojechałem tylko w górę.
Widok ze wzgórza zapiera dech w piersiach. Na szczycie umiejscowiono niezliczone kafejki i obwoźne punkty gastronomiczne, a na samej górze znajduje się 15-metrowa figura Madonny. Spod jej stóp widać prawie całe Santiago; prawie całe wcale nie dlatego, że widoczność była marna, ale dlatego, że dalsze części miasta rozmywają się we wszechobecnym smogu. To nie przeszkodziło mi w podziwianiu szczytów Andów, jak widać na zdjęciu.
Po powrocie kolejką w dół, poszedłem do najbardziej znanej starochilijskiej restauracji zwanej Venezia. Jak przystało na starochilijską restaurację, leciał w niej na 75 ekranach mecz Argentyna-Meksyk; odniosłem wrażenie, że Chilijczycy - którzy przecież całkiem niedawno mieli różnorakie polityczne problemy z Argentyńczykami! - kibicowali Argentynie. W każdym razie od samego wejścia skakał wokół mnie jak mała małpka o dwie głowy niższy ode mnie metyski kelner w wieku zaskakująco zaawansowanym.
Tu potrzebuję zrobić pewną dygresję: w Chile, jeśli ktoś nie jest ode mnie o głowę niższy, to jest uważany za osobę nadzwyczajnie wysoką. Gdy idę ulicą, wszystkim mężczyznom spoglądam na łysinki, a kobietom zaglądałbym w dekolty, gdyby nie były kilometr poniżej mnie. Christian powiedział jednak całkiem poważnie na mój żartobliwy komentarz, że jestem chyba najwyższym człowiekiem w Santiago, że ma jednego kolegę w pracy który jest wyższy ode mnie. Marne to pocieszenie, jeśli weźmie się pod uwagę, że gdy śpię, stopy zwisają mi z łóżka (a jeśli nie zwisają mi stopy, to wypadają mi na podłogę poduszki spod głowy).
Wracając do kwestii restauracji starochilijskiej, dostałem informację w centrum informacji turystycznej, że można w niej zjeść obiad za 2000 gówieneczek (ok.13 zł). Wiedziony myślą o taniej wyżerce wstąpiłem tam, ale oczywiście okazało się, że mój informator posiadał informacje jeszcze starsze od Venezii i kelnera razem wziętych. Tak więc zamówiłem makaron za 3400 (22,50) i kieliszek wina (700 osłów, czyli 4,30). Najpierw dostałem górę chleba i masełko oraz salsa chilena, czyli pebre. To sos zrobiony z pomidorów, cebuli, czosnku i przypraw; super pyszny, jak się okazało, zanim więc przyszedł makaron, wtrążoliłem cały chleb z pebre, spoglądając rzecz jasna na mecz. Gdy przyszedł makaron, myślałem że wyjdę. Góra makaronu z białym sosem i szynką z pewnością pokryłaby stopy Virgen Marii na szczycie San Cristóbal. Po zaaplikowaniu odrobiny parmezanu, zacząłem jeść, ale nie dałem rady zjeść całej porcji. Kieliszek wina też okazał się niezwykle wielki, co najmniej 150ml, jeśli nie 200. Ponieważ tak skomponowany obiad spowodował ogromną senność, zamówiłem jeszcze espresso (700 śmieci), które także okazało się być ogromne - znam restauracje, w których po zamówieniu cappucino otrzymałbym coś mniejszego. Małpka dostała ode mnie tylko 200 śmieciuchów napiwku, bo napakował mnie makaronem po samą szyję.
Byłbym zapomniał. Już na szczycie San Cristóbal padły mi baterie od aparatu (kumulacja zatem) i zrobiłem dziś zaledwie 25 zdjęć, ale myślę, że jeszcze mam wystarczająco czasu, by zobaczyć całkiem sporo i równie sporo udokumentować. Drugie zdjęcie: najwyższy budynek Chile; gigantyczna komórka, czyli siedziba Telefóniki.
yeah bracie!! przygoda przygoda!! trzeba potem ksiazke wydac. strasznie sie smialam ze smieciuchow- napisz jak sie te pieniadze naprawde nazywaja!! :D
OdpowiedzUsuń