piątek, 25 czerwca 2010

Chilenos son locos!!!

Pierwszy post z Santiago de Chile :)). Wiele się działo po drodze, oj wiele...

Może chronologicznie. Zaczęło się od tego, że na lotnisku we Frankfurcie poinformowano mnie i 100 tysięcy Brazylijczyków wracających z saksów do Brazylii, że lot do Sao Paulo opóźni się o 45 minut, bo francuscy kontrolerzy lotu zastrajkowali (tak jakby to miało jakieś znaczenie dla kogokolwiek, no ale miało). Ostatecznie, spóźnienie wyniosło godzinę, ale na szczęście wystartowaliśmy i polecieli tam gdzie trzeba.

Na pokładzie obejrzałem film Avatar (fajna bajeczka, naprawdę super efekty, durnowata fabuła z kilkoma świetnymi pomysłami, jak ktoś nie ma nic pożytecznego do zrobienia to naprawdę polecam) oraz posłuchałem różnych fajnych rzeczy (jak np. Andante z IV albo V Symfonii Czajkowskiego w momencie lądowania - polecam ludziom o mocnych nerwach).

Oczywiście wielu Brazylijczyków to były skosy, z czego jeden siedział przede mną, a jeden obok mnie. Ten obok mnie równie dobrze mógł mieć 20 lat jak i 200. Absolutnie nie potrafiłem tego ocenić. Jak się okazało, nazywa się FUŃ, jak "starochińska ballada z dynastii fuń" (Zuzia, naprawdę to nie żart). Fuń pracuje w Santiago przy imporcie czegoś z chińskich kopalni chyba ("hago negocios, importo minerios de China", "minerios?", "si, bksjkvsmnhurfperforados", "no comprendo", "en ingles zook-toor. Que? Tampoco?"). Poza tym popierdywał na śmierdząco i koszmarnie mlaskał przy jedzeniu oraz spał z otwartym pyskiem. Za mną z kolei siedział Szwab który pociągał nosem i głośno połykał smarki co pół minuty. Pomimo, że lecieliśmy tym samym samolotem z Sao Paulo do Santiago, to rozstaliśmy się i Fuń poszedł w swoją drogę.

Tymczasem wcześniej, koło 4:30 nad ranem czasu brazylijskiego (9:30 naszego) kapitan poinformował brzydko i po niemiecku przez megafon, że do 9:00 lotnisko w Sao Paulo jest zamknięte i wobec tego polecimy do Rio de Janeiro. Myślałem że będę pruł żyły bo o 8:30 miałem mieć lot z Sao Paulo, ale w połowie drogi do Rio de Janeiro gość zawrócił do Sao Paulo i ostatecznie, po wielu rundkach wkoło, wylądował na lotnisku we mgle gęstości śmietany. Ludzie mu bili brawo jak zlądował tym potworem (Boeing777), ale kurde tym razem mieli rację. Nie wiem co widział pilot, bo ja przez okno absolutnie nic.

Wylądowaliśmy w Sao Paulo o 7:00, a 7:05 miałem czas przejścia do bramki w kierunku Santiago, więc idealnie się żeśmy z Fuń wpakowali. Na pokładzie samolotu do Santiago przysypiałem już co chwilę.

W Santiago było mi już wszystko jedno ze wszystkim. Najpierw nie chciał w ogóle wyjechać mój bagaż, więc czekałem na niego. W okolicy kręciły się psy chilijskiej straży granicznej, które szukały narkotyków w torbach. Oczywiście znalazły w moim plecaku, ale już było mi wszystko jedno, więc poszedłem do szczegółowej kontroli z dywanikami. O dziwo nic nie znaleziono w tym plecaku.

Pierwsze, co zobaczyłem w Santiago po wyjściu z lotniska to... ośnieżone szczyty Andów. Naprawdę niesamowity widok. To się tylko tak wydaje normalne na zdjęciach. To jest NIESAMOWITE. Nie wyciągałem aparatu bo mi było wszystko jedno. Jutro porobię zdjęć.

Przyjechałem do mieszkania minibusem. Landlordostwo, pani Maria Eugenia i Christian są bardzo sympatyczni. Pani Maria była w Polsce przez 8 lat i mówi całkiem nieźle, Christian natomiast to ekonomista z którym prowadzę interesujące dyskusje. Przeszedłem też się do Ambasady, która wygląda jak ostatni zajazd na Litwie i w ogóle pierwsze co zobaczyłem to złote tabliczki na płocie. Na miejscu spotkałem bardzo sympatyczną panią Dorotę, która wyjaśniła mi w jaki sposób będą mnie wykorzystywać przez najbliższy miesiąc i w ogóle bardzo mi dziękowała że w ogóle przyjechałem. Ze ściany patrzył na nią karcącym wzrokiem Szopen lub Słowacki (zbyt moderny obraz żeby stwierdzić).

Po wyjściu z ambasady skierowałem się na Avenida Providencia, by wymienić pieniądze. Niestety, przeliczyłem się. Kilka minut wcześniej skończył się mecz Chile-Hiszpania (1-2), po którym Chilijczycy mimo przegranej awansowali do dalszych gier. Chilenos są locos, to wariaci. Ogromne grupy młodzieży z vuvuzelami, trąbkami, bębnami, a przede wszystkim okutane we flagi Chile chodziły po mieście wrzeszcząc, śpiewając, zaśmiewając się i chlejąc na umór. Wszystkie sklepy i kantory zostały pozamykane z obawy przed żydami, więc gówno wymieniłem. Wyciągnąłem pieniądze ze ściany i poszedłem zeżreć kupę wołowiny z majonezem za jakieś straszne tysiące. Wydałem łącznie 20 zł.

Wracając z obiadu zostałem wzięty w kleszcze przez znacznie większe grupy rozbawionej młodzieży, więc po drodze wpadłem w opary gazu łzawiącego.

Iiiii--hahahahahhahaaaaa!!! Ależ tu dziwnie! :D

idę spać!
pozdro

2 komentarze:

  1. no brat, wreście!!! radosc. strasznie sie usmialam z FUNIA, popierdywania et cetera. ale masz fajnie, jestes tak daleko!!! chyba az za gora. u nas koty zjadly glowe myszy i potem spalam z fredzia ktorej troche wracala ta glowa ale polykala, takze. BOSBOSBOS

    OdpowiedzUsuń
  2. Pisz dalej , bardzo ciekawe!!!
    Ula

    OdpowiedzUsuń